Marek Kondrat wrócił na ekran i od razu zaskoczył wyznaniem. „Brak nadziei”

Marek Kondrat po latach przerwy wrócił do kina za sprawą nowej ekranizacji „Lalki” Macieja Kawalskiego. Aktor wciela się w Ignacego Rzeckiego, a sama rola ma dla niego szczególne znaczenie. Niedługo po premierze filmu opowiedział, co najbardziej łączy go z bohaterem Bolesława Prusa. Odpowiedź była krótka, ale bardzo wymowna: „Brak nadziei”.

Marek Kondrat przez lata należał do grona najważniejszych polskich aktorów.

Zanim wycofał się z zawodu, zagrał niemal sto ról.

Jego filmografia jest jedną z tych, które same w sobie opowiadają dużą część historii polskiego kina.

A potem nagle zniknął.

Nie tylko z ekranów, ale w dużej mierze także z branżowego życia.

Skupił się na innych aktywnościach, wyjechał z kraju i przez długi czas nie wyglądało na to, by miał ochotę wracać na plan.

Dlatego wiadomość o jego udziale w nowej „Lalce” wywołała tak ogromne poruszenie.

Projekt i bez tego budził zainteresowanie, bo ekranizacja powieści Bolesława Prusa zawsze musi mierzyć się z wielkimi oczekiwaniami.

Ale nazwisko Kondrata dodało tej premierze zupełnie innego ciężaru.

Dla 75-letniego aktora był to powrót po kilkunastu latach nieobecności.

I to powrót nieprzypadkowy.

Kondrat początkowo wcale nie przyjął propozycji od razu.

Musiał się nad nią zastanowić.

Szybko jednak zrozumiał, że tak naprawdę nie ma mocnych argumentów, by odmówić.

„Lalka” jest jego ulubioną polską powieścią.

Postawa Stanisława Wokulskiego zawsze była mu bliska.

A dodatkowym, bardzo osobistym elementem tej historii był fakt, że w poprzedniej adaptacji epizodyczną rolę zagrał jego ojciec, Tadeusz Kondrat.

Teraz pojawiła się możliwość pewnej symbolicznej kontynuacji.

Marek Kondrat nie wrócił więc do kina dla byle jakiego tytułu.

Wrócił do świata, który był mu szczególnie bliski.

W filmie Macieja Kawalskiego wciela się w Ignacego Rzeckiego, jedną z najważniejszych postaci powieści.

Rzecki to bohater pełen pamięci, rozsądku, nostalgii i pewnego życiowego zmęczenia.

Człowiek stojący nieco obok wielkich porywów, które targają Wokulskim.

I właśnie w tym miejscu pojawia się najciekawsze wyznanie Kondrata.

W czasie rozmów promujących film aktor został zapytany o największą zaletę postaci, którą gra.

Odpowiedział zaskakująco.

„Brak nadziei” — powiedział, łagodząc te słowa śmiechem.

Na pierwszy rzut oka brzmi to przewrotnie.

Bo „brak nadziei” rzadko bywa nazywany zaletą.

Zwykle kojarzy się z pesymizmem, rezygnacją albo ciemnym spojrzeniem na świat.

U Kondrata i Rzeckiego ma to jednak głębszy sens.

Chodzi raczej o trzeźwość.

O brak złudzeń.

O rozsądek, który pozwala widzieć rzeczy takimi, jakie są, a nie takimi, jakimi chciałoby się je zobaczyć.

Rzecki mocno kontrastuje z Wokulskim.

Wokulski jest rozdarty, porywany przez uczucia, targany romantyczną nadzieją i pragnieniem spełnienia w miłości.

Rzecki wydaje się bardziej osadzony w codzienności.

Mniej skłonny do wielkich iluzji.

Bardziej świadomy tego, że życie rzadko układa się według idealnych scenariuszy.

I właśnie ten rodzaj zdroworozsądkowego spojrzenia może łączyć Marka Kondrata z bohaterem, którego zagrał.

Aktor od dawna nie należy do osób, które opowiadają o świecie w przesadnie optymistyczny sposób.

W ostatnich wywiadach nie ukrywał sceptycyzmu.

Mówił otwarcie, że nie wierzy w wielką sprawczość artysty czy aktora w życiu społecznym.

„(…) Jestem sceptykiem. Nie wierzę, żeby moja aktywność cokolwiek zmieniła w życiu społecznym. I nie sądzę też, żeby głos aktorski był poważny w jakimkolwiek dyskursie. Absolutnie nie. Zupełnie inaczej postrzegam swoje miejsce. Niezbyt blisko mi do sztuki w ogóle. (…) Absolutnie wzbraniam się przed (…) podejściem, że sztuka (…) daje nam jakiś poznawczy oddech, dystans. Nie wierzę w takie rzeczy. Zupełnie nie. Sztuka jest bezbronna. Nie zmieni świata” — stwierdził.

To nie są słowa człowieka, który chce sprzedawać widzom piękną opowieść o zbawczej mocy sztuki.

Kondrat mówi coś zupełnie przeciwnego.

Dla niego sztuka nie jest narzędziem zmieniania świata.

Nie jest wielką siłą, która naprawia rzeczywistość.

Nie jest też przestrzenią, która automatycznie daje człowiekowi mądrość, dystans i oddech.

Aktor widzi ją znacznie bardziej bezbronnie.

Może właśnie dlatego tak naturalnie odnajduje się w Rzeckim.

W człowieku, który patrzy na świat z mieszaniną doświadczenia, rezygnacji i cichej uważności.

Nie ma w tym łatwego optymizmu.

Nie ma wielkich deklaracji.

Jest raczej świadomość ograniczeń.

Kondrat w swoich najnowszych wypowiedziach idzie jeszcze dalej.

Mówi nie tylko o sztuce, ale też o samym sensie życia.

I tu również trudno szukać prostych, pocieszających zdań.

„Z tym mam największy problem. Czy życie w ogóle ma sens? Dla jednego ma, dla drugiego nie ma. Raz ma, raz nie ma. (…) U mnie generalnie nie ma. Bo jeżeli nie mamy wpływu na to, kiedy się rodzimy, gdzie się rodzimy i kiedy schodzimy, to właściwie fundament został nam usunięty spod nóg. Cała reszta jest staraniem o sens. Czyli robimy mnóstwo rzeczy, aby sobie uzasadnić wartość pobytu na Ziemi (…). Ale wątpię, aby to było skuteczne. (…) [Zostaje po nas] przede wszystkim miłość. W niej odnajduję trwałą wartość” — dzielił się swoimi przemyśleniami.

To jedno z tych wyznań, które mogą zaskoczyć osoby kojarzące Kondrata przede wszystkim z ekranowym autorytetem, ironią i spokojem.

Aktor mówi tu bardzo prywatnym tonem.

Nie buduje filozoficznej pozy.

Nie próbuje brzmieć efektownie.

Raczej bez ozdobników przyznaje, że z sensem życia ma problem.

Zwraca uwagę na podstawową bezradność człowieka.

Nie decydujemy o tym, kiedy i gdzie się rodzimy.

Nie decydujemy też o tym, kiedy odchodzimy.

W jego spojrzeniu to odbiera życiu stabilny fundament.

Cała reszta staje się próbą dopisania sensu do czegoś, na co od początku nie mamy wpływu.

To mocne i dość ponure rozpoznanie.

Ale Kondrat nie kończy na całkowitej pustce.

Wskazuje miłość jako to, co zostaje.

To w niej odnajduje trwałą wartość.

I ten fragment bardzo wiele zmienia.

Bo choć aktor mówi o braku nadziei, sceptycyzmie i bezbronności sztuki, nie brzmi jak ktoś całkowicie odcięty od emocji.

Przeciwnie.

W jego wypowiedziach widać człowieka, który nie wierzy w wielkie hasła, ale wierzy w coś najbardziej podstawowego.

W miłość.

Może właśnie dlatego jego „brak nadziei” nie brzmi wyłącznie cynicznie.

Brzmi raczej jak dojrzałość kogoś, kto nie chce się łudzić, ale nadal wie, co ma wartość.

W kontekście „Lalki” te słowa nabierają dodatkowego znaczenia.

Powieść Prusa jest przecież historią o złudzeniach, niespełnieniu, marzeniach, klasowych napięciach i miłości, która nie daje spełnienia.

Wokulski walczy z własnymi uczuciami i ambicjami.

Rzecki obserwuje świat z zupełnie innej perspektywy.

A Kondrat, mówiąc o braku nadziei, jakby wpisuje siebie w tę drugą, bardziej gorzką linię opowieści.

Nie próbuje udawać romantyka.

Nie przedstawia się jako ktoś, kto wierzy, że sztuka czy sława mogą cokolwiek naprawić.

Mówi jasno: jestem sceptykiem.

Nie wierzę w sprawczą moc aktorskiego głosu.

Nie wierzę, że sztuka zmienia świat.

Nie mam łatwego przekonania o sensie życia.

A jednak właśnie taka szczerość może być dla widzów najbardziej poruszająca.

Bo powrót Marka Kondrata na ekran nie jest zwykłą ciekawostką castingową.

To powrót aktora, który przez lata trzymał się z dala od filmu i który nie wraca po to, by odgrywać medialny triumf.

Nie sprzedaje tej roli jako wielkiego renesansu kariery.

Nie próbuje opowiadać, że kino znów stało się centrum jego świata.

Raczej pojawia się w projekcie, który miał dla niego osobisty sens.

Ulubiona powieść.

Bliska mu postawa Wokulskiego.

Ślad ojca w poprzedniej adaptacji.

Rola Rzeckiego, która pozwala mu powiedzieć coś o własnym spojrzeniu na życie.

To sprawia, że jego udział w „Lalce” jest czymś więcej niż powrotem znanego nazwiska do obsady.

Jest spotkaniem aktora z tekstem, który ma dla niego znaczenie.

I z bohaterem, w którym najwyraźniej znajduje coś własnego.

Nie chodzi o proste podobieństwo życiorysów.

Chodzi o temperaturę myślenia.

O dystans.

O brak złudzeń.

O potrzebę patrzenia na świat bez pocieszających dekoracji.

Kondrat w ostatnich wypowiedziach nie ukrywa, że jest daleki od łatwego entuzjazmu.

Kiedy mówi, że największą zaletą Rzeckiego jest „brak nadziei”, można to odebrać jak żart.

Ale gdy zestawić to z jego szerszymi refleksjami, śmiech przestaje zasłaniać sens.

Aktor naprawdę patrzy na świat z dużą dozą sceptycyzmu.

Nie wierzy w wielkie obietnice.

Nie wierzy w zbawczą siłę sztuki.

Nie przecenia własnego zawodu.

Nie buduje legendy artysty, który ma zmieniać rzeczywistość.

W tym jest pewna surowość.

Ale też konsekwencja.

Po latach nieobecności Kondrat wraca bez udawania, że wrócił do świata, który uważa za najważniejszy.

Nie próbuje na siłę odgrywać wielkiej filmowej misji.

Po prostu przyjął rolę, której nie potrafił odmówić.

A teraz mówi o niej językiem bardzo własnym.

Gorzkim, ale szczerym.

Można powiedzieć, że ta najnowsza „Lalka” dopisała do jego aktorskiej biografii symboliczny rozdział.

Prawie sto ról.

Kilkunastoletnia przerwa.

Powrót do jednej z najważniejszych polskich powieści.

Postać starego subiekta, który patrzy na świat z mieszaniną pamięci, rozumu i rezygnacji.

I aktor, który w tym bohaterze widzi zaletę tam, gdzie inni mogliby zobaczyć smutek.

„Brak nadziei”.

To zdanie zostaje w głowie właśnie dlatego, że jest tak nieoczywiste.

Nie brzmi jak promocyjny slogan.

Nie brzmi jak typowa odpowiedź udzielana przy okazji premiery.

Jest bardziej jak mały klucz do Kondrata.

Do jego obecnego myślenia.

Do tego, jak widzi siebie, sztukę i życie.

W świecie, w którym wiele gwiazd próbuje mówić inspirująco, on wybiera niepokojącą szczerość.

Nie obiecuje, że sztuka nas ocali.

Nie twierdzi, że aktorzy mają szczególną moc.

Nie udaje, że życie jest proste do uzasadnienia.

Ale mówi, że zostaje miłość.

I być może właśnie w tym miejscu jego pesymizm przestaje być całkowicie ciemny.

Bo jeśli po wszystkich wątpliwościach, po braku nadziei, po sceptycyzmie i po pytaniu o sens zostaje miłość, to w tej gorzkiej wypowiedzi jest także coś bardzo ludzkiego.

Marek Kondrat wrócił więc do kina nie tylko jako aktor z wielkim dorobkiem.

Wrócił jako człowiek, który nie boi się powiedzieć, że nie wierzy w łatwe pocieszenia.

I może właśnie dlatego jego Rzecki może okazać się jedną z najbardziej intrygujących postaci nowej „Lalki”.

Nie dlatego, że jest pełen nadziei.

Przeciwnie.

Dlatego, że wie, czym jest jej brak.