Kayah ma dość telewizyjnego schematu. Nie chce wciąż śpiewać tych samych przebojów

Kayah od lat należy do najważniejszych głosów polskiej muzyki, ale sama coraz głośniej mówi o czymś, co mocno ją irytuje. Choć ma na koncie imponujący dorobek, kilkanaście płyt i setki napisanych piosenek, podczas telewizyjnych występów wciąż najczęściej słyszy prośby o te same tytuły. Wokalistka nie ukrywa, że ciągłe sprowadzanie jej twórczości do kilku hitów zaczyna być dla niej zwyczajnie męczące.

Kayah od wielu lat jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych artystek w Polsce.

Jej głos, sceniczna charyzma i charakterystyczny styl sprawiły, że na stałe zapisała się w historii rodzimej muzyki.

Wokalistka ma na koncie wiele utworów, które zna kilka pokoleń słuchaczy.

Wydała kilkanaście płyt, stworzyła ogromny katalog piosenek i przez lata udowodniła, że nie jest artystką jednego sezonu ani jednej estetyki.

Mimo to w przestrzeni telewizyjnej często wraca do niej ten sam problem.

Dla wielu osób Kayah wciąż kojarzy się przede wszystkim z takimi przebojami jak „Prawo do lewego”, „Supermenka” czy „Na językach”.

To piosenki ważne, popularne i bez wątpienia mocno zapisane w pamięci publiczności.

Ale artystka coraz wyraźniej daje do zrozumienia, że nie chce być zamykana wyłącznie w tych kilku tytułach.

Niedawno opowiedziała o swojej frustracji podczas rozmowy z Michałem Pirógiem na łamach RMF Classic.

W pewnym momencie przywołała sytuacje, które regularnie spotykają ją przy okazji telewizyjnych występów.

Jak się okazuje, producenci i organizatorzy bardzo często proponują jej wykonywanie wciąż tych samych piosenek.

Kayah nie owijała w bawełnę.

Jej słowa były pełne emocji i wyraźnego zmęczenia tym schematem.

„Jakby mi się bebechy przewracają, jak znowu słyszę, że mam jechać do Sopotu śpiewać 'Supermenkę’. Jakbym nie miała innych piosenek, rozumiesz? Zawsze jest albo 'Supermenka’, albo 'Na językach’, albo 'Prawo do lewego’. I tak jest non stop. Ja mam tyle piosenek, wiesz. Pięćset piosenek napisałam” — żaliła się Kayah.

To wyznanie pokazuje, że problem nie dotyczy samego stosunku artystki do własnych przebojów.

Nie chodzi o to, że Kayah odcina się od utworów, które przyniosły jej ogromną popularność.

Chodzi raczej o poczucie, że jej dorobek jest zawężany do kilku numerów, które telewizja uznaje za najbezpieczniejsze i najbardziej rozpoznawalne.

Dla artystki, która napisała tak wiele piosenek, taka sytuacja może być bardzo frustrująca.

W końcu każdy kolejny album, każdy mniej oczywisty utwór i każdy etap twórczości to część jej historii.

Tymczasem przy dużych telewizyjnych okazjach często wraca ten sam zestaw.

„Supermenka”.

„Na językach”.

„Prawo do lewego”.

Dla widzów to znane przeboje.

Dla Kayah — także ważne piosenki, ale nie jedyne, które chciałaby pokazywać publiczności.

Wokalistka przytoczyła również zabawną historię sprzed lat, która dobrze pokazuje, jak mocno niektóre osoby potrafią kojarzyć artystę tylko z jednym utworem.

Pewnego dnia jechała samochodem ze swoim synem i jego kolegą.

W radiu leciała piosenka, a Kayah zaczęła śpiewać razem z nią.

Chłopiec zainteresował się wtedy, ile właściwie ma utworów.

Artystka odpowiedziała w swoim stylu, rzucając żartobliwie bardzo dużą liczbę.

„A on patrzy, ma taką dziwną minę: „Tak? A tata mówi, że tylko jedną”” — wspominała Kayah.

Ta anegdota mogła rozbawić, ale jednocześnie dobrze oddaje problem, o którym mówi wokalistka.

Jeśli nawet osoba z ogromnym dorobkiem bywa w świadomości części słuchaczy sprowadzana do jednej piosenki, trudno się dziwić, że po latach może odczuwać znużenie.

Tym bardziej gdy podobne podejście pojawia się nie tylko u przypadkowych odbiorców, ale także przy profesjonalnych telewizyjnych wydarzeniach.

Kayah ma żal szczególnie do producentów festiwali i programów, którzy wciąż oczekują od niej tych samych numerów.

Dla telewizji to prawdopodobnie wygodne rozwiązanie.

Znany hit daje gwarancję reakcji publiczności.

Ludzie kojarzą refren, pamiętają melodię i od razu wiedzą, z kim mają do czynienia.

Ale z punktu widzenia artystki taka powtarzalność może być ograniczająca.

Kayah nie jest debiutantką, która ma jeden przebój i dopiero próbuje utrzymać uwagę słuchaczy.

To wokalistka z dekadami pracy, wieloma płytami i setkami napisanych kompozycji.

Nic więc dziwnego, że oczekiwanie, by w kółko wracała do kilku najgłośniejszych tytułów, odbiera jako lekceważenie bogactwa jej twórczości.

W rozmowie nie ukrywała, że telewizyjne mechanizmy potrafią ją mocno zniechęcać.

„Z takimi telewizyjnymi rzeczami to naprawdę opadają mi ręce” — podsumowała Kayah.

To krótkie zdanie brzmi jak wyraźny sygnał zmęczenia.

Artystka nie mówi o jednorazowej sytuacji, lecz o powtarzającym się schemacie.

Za każdym razem, gdy pojawia się temat telewizyjnego występu, znów wracają te same propozycje.

Zamiast pytań o nowsze utwory, mniej oczywiste piosenki albo inne odsłony jej muzycznej osobowości, pojawia się oczekiwanie sprawdzonego zestawu.

Dla widzów może to wyglądać niewinnie.

W końcu wielu fanów chce usłyszeć największe przeboje.

Ale z perspektywy artysty to może oznaczać zamknięcie w złotej klatce własnych hitów.

Piosenki, które kiedyś były powodem radości i sukcesu, z czasem mogą stać się ciężarem, jeśli otoczenie nie pozwala wyjść poza nie.

Kayah najwyraźniej właśnie z tym się mierzy.

Ma świadomość, że „Supermenka”, „Na językach” i „Prawo do lewego” są ważne dla publiczności.

Wie, że te utwory zapisały się w historii polskiej muzyki rozrywkowej.


Nie zmienia to jednak faktu, że jej katalog jest znacznie większy.

Sama podkreśliła, że napisała pięćset piosenek.

Ta liczba robi wrażenie i trudno przejść obok niej obojętnie.

Pięćset utworów to nie tylko kilka singli z największą rozpoznawalnością.

To ogrom pracy, emocji, tekstów, melodii, pomysłów i artystycznych etapów.

Jeśli mimo tego telewizja nadal sprowadza ją do trzech najczęściej powtarzanych numerów, frustracja staje się zrozumiała.

Kayah chce być traktowana jako artystka z szerokim dorobkiem, a nie tylko jako wykonawczyni kilku obowiązkowych przebojów festiwalowych.

To problem, który dotyka wielu muzyków z długą karierą.

Największe hity dają popularność, ale potrafią też przykleić się do artysty tak mocno, że wszystko inne schodzi na dalszy plan.

Publiczność często chce nostalgii.

Telewizja jeszcze częściej chce pewniaków.

A artysta chce czasem pokazać coś innego, nowszego, bardziej aktualnego albo po prostu mniej oczywistego.

W przypadku Kayah napięcie między tymi oczekiwaniami wyraźnie narasta.

Jej wypowiedź nie brzmi jak kaprys.

Brzmi jak głos osoby, która przez lata cierpliwie funkcjonowała w jednym schemacie, aż w końcu zaczęła mówić o nim głośno.

Sopot i inne telewizyjne wydarzenia mogłyby być okazją do pokazania różnych twarzy jej twórczości.

Zamiast tego często pojawia się prośba o piosenki, które wszyscy już doskonale znają.

Kayah nie ukrywa, że ma tego dość.

Szczerość wokalistki może wywołać mieszane reakcje.

Część fanów zapewne zrozumie jej zmęczenie i przyzna, że rzeczywiście warto częściej sięgać po mniej oczywiste utwory z jej repertuaru.

Inni mogą powiedzieć, że wielkie przeboje są po to, by je śpiewać, zwłaszcza na dużych scenach.

Prawda jest jednak taka, że po tylu latach kariery artystka ma prawo chcieć czegoś więcej niż powtarzania tych samych numerów przy każdej telewizyjnej okazji.

Tym bardziej że nie mówi o braku piosenek.

Mówi o ich nadmiarze.

O setkach utworów, które istnieją, ale rzadziej przebijają się do masowej telewizji.

A to już zupełnie inna sytuacja.

Kayah nie musi udowadniać, że ma dorobek.

On po prostu jest.

Problem polega na tym, że nie zawsze jest dostrzegany przez tych, którzy układają telewizyjne występy.

Wokalistka wyraźnie daje do zrozumienia, że oczekiwałaby większej otwartości.

Nie chce, by jej obecność na scenie automatycznie oznaczała powrót do tego samego zestawu.

Chce móc sięgać po inne piosenki, pokazywać szerszą część swojej twórczości i nie czuć, że za każdym razem musi spełniać ten sam telewizyjny obowiązek.

W jej słowach jest też coś bardzo ludzkiego.

Po latach każdy może poczuć zmęczenie powtarzaniem jednego elementu swojej pracy.

Nawet jeśli ten element przyniósł sukces.

Nawet jeśli inni nadal go kochają.

Dla artysty twórczość to proces, a nie zatrzymana na zawsze fotografia z jednego etapu kariery.

Kayah najwyraźniej chce, by o tym pamiętano.

Jej wypowiedź pokazuje, że za blaskiem telewizyjnych festiwali często kryją się decyzje, które nie zawsze dają artystom swobodę.

Producent myśli o rozpoznawalności.

Widownia myśli o hicie, który zna.

A artysta myśli o tym, że ma jeszcze setki innych historii do opowiedzenia.

Kayah powiedziała to głośno i bez zbędnego łagodzenia.

Gdy znów słyszy, że ma zaśpiewać „Supermenkę”, „Na językach” albo „Prawo do lewego”, czuje coraz większą irytację.

Nie dlatego, że te piosenki są nieważne.

Dlatego, że nie są całym jej światem.


Wokalistka ma za sobą imponującą drogę, która nie mieści się w trzech tytułach.

I właśnie o to upomina się teraz najgłośniej.

O prawo do bycia artystką z pełnym dorobkiem, a nie tylko twarzą kilku przebojów, które telewizja najchętniej odtwarza przy każdej okazji.

Jej słowa mogą być niewygodne dla producentów, ale trudno je zignorować.

Bo kiedy Kayah mówi, że „opadają jej ręce”, nie brzmi to jak chwilowa złość.

Brzmi jak zmęczenie schematem, który trwa zdecydowanie zbyt długo.