Helena Englert szczerze o ocenianiu przez nazwisko. Przed „Tańcem z gwiazdami” padły słowa o pokorze

Helena Englert już niedługo pojawi się na parkiecie 19. edycji „Tańca z gwiazdami”, ale zanim widzowie zobaczą ją w pierwszym odcinku, wokół niej znów zrobiło się głośno. Aktorka i piosenkarka przyznała, że dobrze czuje się na treningach i zdążyła nawiązać bliskie relacje z innymi uczestnikami. Jednocześnie nie ukrywa, że wciąż mierzy się z komentarzami dotyczącymi znanych rodziców. W jej najnowszym wyznaniu padły mocne słowa o pokorze i potrzebie udowodnienia, że zasługuje na swoje miejsce.

Helena Englert już wkrótce dołączy do grona gwiazd, które sprawdzą się w nowej edycji „Tańca z gwiazdami”.

Dla młodej aktorki i piosenkarki będzie to kolejny publiczny sprawdzian.

Tym razem nie na planie filmowym ani na scenie muzycznej, lecz na parkiecie, gdzie każdy ruch, emocja i potknięcie są natychmiast oceniane przez jury oraz widzów.

Jej tanecznym partnerem został Roman Osadchiy.

Para od pewnego czasu intensywnie trenuje i przygotowuje się do występów, które już niedługo zobaczy publiczność.

Z zakulisowych wypowiedzi wynika, że współpraca układa się dobrze.

Roman Osadchiy docenił umiejętności taneczne Heleny, a ona sama również nie szczędziła mu miłych słów.

Na sali treningowej czuje się swobodnie i wygląda na to, że szybko odnalazła się w nowym rytmie.

Nie wszystko jest jednak tak lekkie, jak mogłoby się wydawać z zewnątrz.

Helena Englert od dawna mierzy się z ocenianiem przez pryzmat rodziców.

Jest córką Jana Englerta i Beaty Ścibakówny, czyli aktorów o bardzo silnej pozycji w polskim środowisku artystycznym.

To nazwisko otwiera wiele rozmów, ale jednocześnie bywa dla niej ogromnym obciążeniem.

Wielu internautów nie patrzy na nią wyłącznie jak na osobną artystkę.

Zamiast tego od razu wraca temat jej rodziny, możliwości, znajomości i tego, czy naprawdę sama zapracowała na swoje miejsce.

Helena w najnowszej rozmowie przyznała, że nie czuje się szczególnie lubiana przez ludzi w sieci.

Nie próbowała udawać, że komentarze jej nie dotyczą.

Nie zbyła tematu śmiechem.

Powiedziała wprost, że widzi, jak jest odbierana, i zastanawia się, jak głęboko chce w to wchodzić.

„Tak mi się wydaje. Zastanawiam się, na ile chcę w to wchodzić teraz. Nie chcę gadać o moich rodzicach, a to się wszystko sprowadza do tego i wiadomo, jak to wszystko idzie. [Ludzie] mają swoje powody i ja to rozumiem. Staram się do tej opinii na mój temat podchodzić z dużą pokorą i raczej analizować, dlaczego tak jest (…)” — mówiła Helena Englert w rozmowie z Damianem Glinką.

To wyznanie pokazuje, że temat nie jest dla niej prosty.

Z jednej strony nie chce wciąż tłumaczyć się z rodziców.

Z drugiej wie, że publiczność właśnie przez ten filtr często ją ocenia.

Jej nazwisko automatycznie uruchamia komentarze, porównania i podejrzenia, których nie muszą mierzyć się wszyscy debiutujący artyści.

Helena nie mówi jednak o tym z agresją.

Nie atakuje widzów.

Nie przekonuje, że nikt nie ma prawa jej oceniać.

Wręcz przeciwnie, przyznaje, że ludzie mają swoje powody i że stara się podejść do tej opinii z pokorą.

To słowo w jej wypowiedzi brzmi szczególnie mocno.

Pokora w show-biznesie nie jest łatwa, zwłaszcza gdy komentarze bywają bolesne, a każda nowa rola albo program natychmiast wywołują dyskusję o rodzinnych koneksjach.

Englert najwyraźniej próbuje nie odrzucać całej krytyki od razu.

Chce ją analizować i zastanawiać się, skąd bierze się taki odbiór.

Jednocześnie daje do zrozumienia, że nie chce, by cała rozmowa o niej stale sprowadzała się do Jana Englerta i Beaty Ścibakówny.

Chciałaby zostać oceniona za własną pracę.

Za wysiłek.

Za to, co pokaże na scenie, planie i teraz także na parkiecie.

Właśnie dlatego udział w „Tańcu z gwiazdami” może być dla niej czymś więcej niż telewizyjną przygodą.

To okazja, by wyjść do widzów w zupełnie innym formacie.

Nie jako córka znanych aktorów.

Nie jako osoba z artystycznego domu.

Ale jako uczestniczka, która codziennie trenuje, uczy się kroków, popełnia błędy i musi zawalczyć o sympatię publiczności.

Helena przyznała, że stara się udowodnić, iż jest odpowiednią osobą na właściwym miejscu.

To zdanie dobrze oddaje presję, z jaką się mierzy.

Nie wystarczy jej po prostu pojawić się w programie.

Ona wie, że część odbiorców będzie patrzeć na nią surowiej.

Będzie sprawdzać, czy rzeczywiście zasługuje na uwagę.

Czy potrafi pracować.

Czy ma coś własnego do pokazania.

Czy nie jest tylko kolejnym znanym nazwiskiem.

Na szczęście treningi do programu przyniosły jej także dużo dobrych doświadczeń.

Helena nie ukrywa, że wśród uczestników i tancerzy panuje atmosfera wzajemnego wsparcia.

Opowiadała, że pary pomagają sobie nawzajem, odwiedzają się i nawet zamieniają partnerami podczas ćwiczeń.

„Chodzimy do siebie nawzajem, zamieniamy się partnerami, pomagamy sobie” — zdradziła.

To pokazuje, że za kulisami „Tańca z gwiazdami” nie ma wyłącznie rywalizacji.

Oczywiście każdy uczestnik chce wypaść jak najlepiej, ale codzienne treningi budują też wspólnotę.

Wszyscy mierzą się z tremą, zmęczeniem, nowymi choreografiami i oczekiwaniami widzów.

W takiej sytuacji łatwiej zrozumieć drugą osobę.

Helena przyznała też, że szczególnie często widuje się z Kaeyrą oraz Izabelą Kuną.

To właśnie z nimi nawiązała bliższy kontakt podczas przygotowań.

Dla uczestniczki, która publicznie mówi o niełatwym odbiorze w sieci, takie relacje mogą być bardzo ważne.

Sala treningowa daje jej nie tylko ruch i nowe umiejętności, ale też ludzi, którzy znają presję programu od środka.

Wspólna praca może stać się odskocznią od internetowych ocen.

Na parkiecie nie liczy się nazwisko rodziców.

Liczy się rytm, partnerowanie, kondycja, emocje i to, czy widzowie uwierzą w występ.

Helena Englert najwyraźniej chce właśnie tam przekierować uwagę.

Zamiast niekończących się rozmów o rodzinie — taniec.

Zamiast ciągłego tłumaczenia się z pochodzenia — praca.

Zamiast walki z każdą opinią — pokora i próba zrozumienia, dlaczego ludzie reagują tak, a nie inaczej.

Nie oznacza to, że jest jej łatwo.

Jej słowa o tym, że nie chce rozmawiać o rodzicach, pokazują zmęczenie tematem.

Trudno się temu dziwić.

Dla widzów nazwisko Englert może być ciekawostką.

Dla niej to codzienny ciężar porównań.

Gdy osiąga sukces, pojawia się pytanie, czy pomogło nazwisko.

Gdy mówi o problemach, wraca argument, że przecież pochodzi ze znanej rodziny.

Gdy dostaje nową szansę, część osób natychmiast szuka drugiego dna.

To mechanizm, który może odbierać radość nawet z ważnych zawodowych momentów.

Helena próbuje jednak nie iść w stronę żalu.

Mówi, że podchodzi do opinii z pokorą.

To może być jej sposób na przetrwanie w branży, w której łatwo zostać ocenionym zanim jeszcze zrobi się pierwszy krok.

„Taniec z gwiazdami” będzie dla niej testem nie tylko tanecznym.

Będzie też testem wizerunkowym.

Publiczność zobaczy ją w emocjach, wysiłku i bliskiej współpracy z Romanem Osadchiyem.

Zobaczy, czy potrafi przełamać stres, pokazać charakter i zbudować relację z widzem.

Program często zmienia sposób, w jaki odbiorcy patrzą na znane osoby.

Czasem pozwala ocieplić wizerunek.

Czasem pokazuje zupełnie inną twarz uczestnika.

Dla Heleny może to być szansa, by choć na chwilę wyjść poza niekończącą się etykietę córki Jana Englerta i Beaty Ścibakówny.

Nie wiadomo, czy uda jej się przekonać sceptyków.

Nie wiadomo też, jak długo pozostanie w programie.

Wiadomo jednak, że sama zdaje sobie sprawę z tego, z czym się mierzy.

Nie wchodzi do show w przekonaniu, że wszyscy od razu ją pokochają.

Raczej z poczuciem, że musi dużo udowodnić.

To może być trudne, ale też mobilizujące.

Helena Englert mówi dziś o pokorze, analizowaniu opinii i chęci pokazania, że jest we właściwym miejscu.

Jeśli przeniesie tę determinację na parkiet, może zaskoczyć tych, którzy już teraz patrzą na nią przez rodzinne nazwisko.

A jej najnowsze słowa pokazują jedno wyraźnie: ma dość sytuacji, w której każde pytanie o nią prędzej czy później prowadzi do rodziców.

Chce być oceniana jako Helena.

Nie jako czyjaś córka.

I właśnie o to będzie walczyć w „Tańcu z gwiazdami”.