Skolim potrafi w 30 dni zagrać nawet 40 koncertów, ale jego wymagania przed wyjściem na scenę wcale nie przypominają kaprysów wielkich gwiazd. Samozwańczy Król Latino zdradził, co musi znaleźć się na backstage’u, zanim ruszy do publiczności. Nie chodzi o drogie alkohole, wyszukane dania ani luksusowe zachcianki. U niego najważniejszy jest polski żur.
W świecie show-biznesu rider koncertowy bywa osobnym tematem do plotek. To właśnie w takich dokumentach pojawiają się nie tylko wymagania techniczne dotyczące sceny, nagłośnienia czy oświetlenia, ale też oczekiwania związane z jedzeniem, napojami i warunkami za kulisami.

Niektóre gwiazdy potrafią mieć bardzo konkretne życzenia. Jedni zwracają uwagę na temperaturę w garderobie, inni na markę wody, kolor dodatków albo szczegółowe menu.
Przez lata krążyły opowieści o zachciankach największych nazwisk. Wśród przykładów pojawiała się Beyoncé, której przypisywano wymagania dotyczące koloru papieru toaletowego.
Mówiło się też o Edycie Górniak, która ponoć miała życzyć sobie wody mineralnej z Tajlandii.
Skolim podszedł do tematu z wyraźną ironią. Artysta, który nie zawsze ma najlepsze zdanie o kolegach po fachu, skomentował gwiazdorskie wymagania w swoim stylu.
„Nie wiem, czy wiecie, że różne celebryty mają tak, że nie wyjdą na scenę, jak tu nie będzie jakiś, k*rwa, filet mignon czy coś” — powiedział.
Tymi słowami szybko dał do zrozumienia, że jego podejście do koncertowego zaplecza jest zupełnie inne.
Skolim nie potrzebuje wielkiego przepychu. Nie wymaga wyszukanych potraw ani restauracyjnych dań, które kojarzą się z luksusem i gwiazdorską przesadą.

Zamiast tego stawia na coś bardzo swojskiego.
Jak zdradził, w jego garderobie przed koncertem musi pojawić się tradycyjna zupa. I to nie byle jaka.
„U nas jest polski żur, polski żur, śląski, polski żur musi być. I jest tak, na garnuszku się pięknie pichci” — zachwycał się Skolim.
Dla fanów może to być dość zaskakujący obrazek. Artysta, który występuje przed tłumami i działa w bardzo intensywnym tempie, przed koncertem nie sięga po egzotyczne menu, lecz po zupę kojarzoną z domowym, tradycyjnym smakiem.
Skolim nie ukrywa, że właśnie taki żur daje mu i jego ekipie energię przed wejściem na scenę.
W jego opowieści nie ma wielkiej pozy ani udawania. Jest garnek, gorąca zupa i muzycy szykujący się do występu.
To pasuje do wizerunku artysty, który mimo ogromnej popularności często podkreśla bliskość z publicznością i prosty styl bycia.
Skolim w ostatnich latach zrobił błyskawiczną karierę, a jego koncertowy grafik potrafi wyglądać naprawdę imponująco.
W ciągu miesiąca, czyli 30 dni, jest w stanie zagrać 40 koncertów. Taki wynik oznacza niemal ciągłą trasę, przemieszczanie się z miejsca na miejsce i funkcjonowanie w bardzo szybkim rytmie.
Przy takiej liczbie występów backstage staje się dla artysty czymś więcej niż tylko miejscem oczekiwania.
To przestrzeń, w której można na chwilę złapać oddech, zjeść coś ciepłego i przygotować się do kolejnego spotkania z publicznością.

W przypadku Skolima nie musi być tam nic szczególnie wyrafinowanego.
Oprócz żuru w jego garderobie pojawiają się proste napoje oraz przekąski.
Artysta wymienił je bez zbędnego zadęcia.
„Colka, dla mnie zerówa (…), soczek, oranżada, bułeczki są i muzykanty idą grać” — obwieścił.
To krótkie wyliczenie pokazuje, że jego koncertowe potrzeby są raczej praktyczne niż luksusowe. Ma być coś do picia, coś do przegryzienia i obowiązkowo ciepły, polski żur.
Na stole widoczna była także jedna butelka whisky, ale całość i tak trudno porównać z historiami o najbardziej wymagających gwiazdach.
Zamiast chłodzonego szampana, egzotycznych owoców i wyszukanych dań pojawia się swojski zestaw: zupa, cola zero, sok, oranżada i bułki.
Skolim najwyraźniej dobrze wie, czego potrzebuje przed koncertem. Nie robi z tego wielkiego rytuału, ale ma swoje konkretne zasady.
Najważniejsza z nich brzmi prosto: polski żur musi być.
Dla jego fanów to kolejny element budujący obraz artysty, który lubi podkreślać swoją swojskość i dystans do przesadnie nadętego show-biznesu.
Skolim może grać dziesiątki koncertów, występować przed ogromną publicznością i zarabiać na swojej popularności, ale w sprawie jedzenia za kulisami nie kreuje się na niedostępnego celebrytę.

Wręcz przeciwnie, porównuje swoje wymagania z zachciankami innych gwiazd i jasno pokazuje, że nie interesuje go „fifa-rafa”.
Jego opowieść ma też w sobie sporo humoru. Mówiąc o filecie mignon i wymyślnych oczekiwaniach celebrytów, Skolim ustawia się po drugiej stronie.
Nie chce być artystą, który zatrzymuje występ, bo nie dostał dokładnie tego, czego zażądał.
W jego wersji backstage ma działać sprawnie i po ludzku. Garnek z żurem się gotuje, napoje stoją na stole, bułeczki są pod ręką, a zespół może ruszać do pracy.
Ta prostota może zaskakiwać, zwłaszcza że Skolim sam przyzwyczaił publiczność do wizerunku pełnego energii, przebojowości i dużej scenicznej pewności siebie.
Samozwańczy Król Latino nie próbuje jednak udowadniać swojej pozycji przez wygórowane wymagania kulinarne.
Zamiast tego robi z żuru niemal znak rozpoznawczy swojego zaplecza koncertowego.
W jego słowach słychać dumę z tradycyjnego jedzenia. Nie mówi o nim jak o czymś przypadkowym, ale jak o obowiązkowym punkcie programu.
„Polski żur musi być” brzmi u niego nie jak żart, lecz jak konkretna backstage’owa zasada.
I właśnie dlatego ta historia tak szybko przyciągnęła uwagę.
Widzowie lubią zaglądać za kulisy, bo tam często widać, jak naprawdę funkcjonują gwiazdy przed występem. Jedni potrzebują ciszy, inni luksusu, a jeszcze inni konkretnego jedzenia.
Skolim pokazał, że jego koncertowa rzeczywistość jest dużo bardziej swojska, niż można by się spodziewać.

Nie ma tu wielkiej tajemnicy ani drogich kaprysów. Jest zupa, napoje, przekąski i ekipa gotowa do grania.
Przy liczbie koncertów, jaką potrafi zagrać w miesiącu, taki zestaw może być dla niego po prostu praktyczny. Ciepły posiłek przed występem, szybka organizacja i minimum komplikacji.
To jednak nie znaczy, że w jego riderze nie ma charakteru. Wręcz przeciwnie, polski żur wyróżnia się bardziej niż niejedno luksusowe życzenie.
Bo o filecie mignon mówi się z ironią, ale o żurze Skolim mówi z autentycznym zachwytem.
Dla jednych to zabawny szczegół. Dla innych kolejny dowód, że artysta świadomie buduje wizerunek chłopaka z prostymi wymaganiami, który mimo sławy nie odcina się od swojskich smaków.
Jedno jest pewne: jego backstage nie przypomina lodowej galerii kaprysów wielkich celebrytów.
Tam ma się „pięknie pichcić” żur, mają stać napoje, mają być bułeczki, a potem „muzykanty idą grać”.
Skolim znów zrobił wokół siebie zamieszanie, ale tym razem nie chodzi o kontrowersyjny występ ani kolejne biznesowe pomysły.
Wystarczył garnek zupy, kilka prostych produktów i komentarz o gwiazdorskich zachciankach, by fani zaczęli mówić o jego koncertowych wymaganiach.
A jeśli ktoś spodziewał się listy luksusów, mógł się mocno zdziwić.
Król Latino przed sceną nie szuka francuskiej elegancji. On chce polskiego żuru.