Grażyna Torbicka przeżyła bolesne „nie”, zanim znalazła swoją drogę. Jedna porażka zaprowadziła ją prosto do świata sztuki

Grażyna Torbicka od lat kojarzy się widzom z elegancją, spokojem i klasą, których nie da się pomylić z nikim innym. Dla wielu osób na zawsze pozostanie jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy telewizji, szczególnie dzięki programowi „Kocham Kino”. Mało kto jednak pamięta, że jej zawodowa droga wcale nie była od początku oczywista.

Karierę w TVP rozpoczęła w 1985 roku w dziale literackim Teatru Telewizji. Później pojawiała się jako konferansjerka podczas festiwali w Opolu i Sopocie, a z czasem coraz mocniej wchodziła w świat filmu, kultury i rozmów z artystami. To właśnie „Kocham Kino” przyniosło jej ogólnopolską popularność i na lata połączyło ją z największymi wydarzeniami filmowymi.

Torbicka zapowiadała premiery, relacjonowała ważne światowe imprezy i rozmawiała z twórcami, którzy dla wielu widzów byli postaciami z zupełnie innego świata. Jej późniejsza kariera wydawała się więc naturalnie związana ze sztuką. A jednak na początku wszystko mogło potoczyć się zupełnie inaczej.

Dziś trudno w to uwierzyć, ale młoda Grażyna Torbicka przez długi czas myślała o Politechnice. W liceum była w klasie matematyczno-fizycznej, świetnie odnajdywała się w przedmiotach ścisłych i nie planowała wtedy życia blisko sceny ani kamery.

„Ja z matematyki byłam dobra, bo byłam w klasie matematyczno-fizycznej i przez długi czas, właściwie do trzeciej klasy liceum, ja szłam na Politechnikę. (…) Matematyka, fizyka – to była moja domena, uwielbiałam to. No i nagle mi się odmieniło” — wspominała.

Ta zmiana nie przyszła po wielkim planowaniu. Zadecydował przypadek. W jej ręce trafiła ulotka z informacją o nowym pomaturalnym wydziale wiedzy o teatrze. Dla dziewczyny, która i tak regularnie chodziła do teatrów i chłonęła warszawskie premiery, brzmiało to jak nagłe odkrycie własnego miejsca.

„Wpadła mi w ręce ulotka w liceum Batorego, że otwierany jest pomaturalny wydział wiedzy o teatrze, a ja wtedy rzeczywiście chodziłam bardzo dużo do teatru, uwielbiałam teatr. Wszystkie warszawskie teatry i premiery, które tam się odbywały – musiałam tam być” — opowiadała.

Kiedy zobaczyła, że może studiować historię teatru i historię sztuki, poczuła, że właśnie tego szukała. Kierunek wydawał się stworzony dla niej, tym bardziej że wcześniej wiedza o teatrze funkcjonowała jako wydział podyplomowy. Najpierw trzeba było skończyć inne studia, a dopiero potem można było tam trafić.

Torbicka nie chciała czekać. Ruszyła za tą szansą od razu, przekonana, że to jej właściwa droga. Tyle że rzeczywistość szybko ją zatrzymała. Za pierwszym razem nie dostała się na wymarzone studia.

„Jak się okazało, że mogę studiować historię teatru, historię sztuki, to wydawało mi się, że to jakiś wydział dla mnie stworzony, bo on był wcześniej wydziałem podyplomowym, czyli trzeba było skończyć jakieś studia i potem można było dopiero iść na wiedzę o teatrze. (…) No więc czym prędzej się tam udałam i nie zdałam za pierwszym razem, niestety. Musiałam przeżyć tę swoją pierwszą porażkę życiową” — przyznała.

Dla młodej osoby stojącej u progu dorosłości takie rozczarowanie mogło mocno zaboleć. Torbicka miała już przecież w głowie nowy plan, a nagle okazało się, że drzwi, które wydawały się wymarzone, nie otworzyły się od razu. Nie zamierzała jednak rezygnować.

Dostała się na polonistykę, ale jednocześnie postanowiła trzymać się jak najbliżej teatru. Trafiła do Teatru Dramatycznego w Warszawie, gdzie przez rok poznawała scenę od kulis. Zamiast traktować porażkę jak zamknięcie drogi, zamieniła ją w doświadczenie, które później okazało się bezcenne.

„(…) Poszłam do Teatru Dramatycznego w Warszawie na taki rok poznawania teatru od kulis i to było fantastyczne. To był świetny czas. Gustaw Holoubek był wtedy dyrektorem, Piotr Fronczewski na scenie, cała plejada znakomitych aktorów, a ja kochałam naprawdę to, co się dzieje w teatrze i to mi bardzo dużo dało – ten rok takiego obserwowania, takiego stażu, który tam przeszłam” — mówiła.

Ten rok zmienił bardzo wiele. Torbicka mogła patrzeć na teatr nie z widowni, ale od środka. Widziała pracę artystów, atmosferę prób, rytm sceny i wszystko to, czego nie da się nauczyć wyłącznie z książek. Kiedy ponownie podeszła do egzaminu, była już zupełnie inną kandydatką.

„Jak kolejny raz zdawałam na wiedzę o teatrze, zaraz w następnym roku, to już mi poszło świetnie” — powiedziała.

Jej historia pokazuje, że pierwsze niepowodzenie nie zawsze oznacza złą decyzję. Czasem opóźnienie, które w danej chwili boli, daje człowiekowi dokładnie to, czego potrzebuje, by później wejść na właściwą drogę mocniej i pewniej.

Grażyna Torbicka nie trafiła od razu na wymarzone studia, ale właśnie dzięki temu znalazła się bliżej prawdziwego teatru, ludzi sceny i świata, który później stał się fundamentem jej zawodowego życia. Gdyby wszystko poszło gładko za pierwszym razem, być może nie dostałaby tego roku, który tak wiele jej dał.