Agnieszka Fitkau-Perepeczko przez niemal dwie dekady nie traciła nadziei, że jeszcze wróci do świata „M jak miłość”. Po odejściu z serialu długo powtarzała, że jej bohaterka, Simona, została usunięta mimo ogromnej sympatii widzów. Teraz sytuacja nabrała zupełnie nowego rozpędu. Aktorka znów pojawiła się przy jubileuszowym odcinku, a producenci mieli zdecydować o wznowieniu wątku jej postaci. Sama Fitkau-Perepeczko nie ukrywa ekscytacji, zwłaszcza że razem z powrotem zainteresowanie mediów znów zapukało pod jej okno.
Minęło 19 lat od momentu, gdy Agnieszka Fitkau-Perepeczko pożegnała się z rolą Simony w „M jak miłość”.
Dla wielu widzów była to postać, która od razu przyciągała uwagę.
Wyrazista, temperamentna, mocna i trudna do pomylenia z kimkolwiek innym.

Aktorka do dziś jest przekonana, że właśnie popularność bohaterki stała się jednym z powodów jej zniknięcia z serialu.
W jej odczuciu Simona tak bardzo spodobała się publiczności, że zaczęła wybijać się na pierwszy plan.
A to, jak twierdziła po latach, nie wszystkim mogło odpowiadać.
Fitkau-Perepeczko mówiła o tym z dużą goryczą.
„Tylko w naszym kraju charakter, który robi furorę w telewizyjnym serialu, zostaje wyrzucony. Stwierdzili, że Simona burzy całość, a ona po prostu wyszła przed szereg ze swoim charakterem, który jest tak mocny, że przysłania innych. Wyrzucili mnie za to, że tak bardzo się spodobałam publiczności” — tłumaczyła aktorka.
Jej spojrzenie na tę sprawę od lat było jasne.
Uważała, że nie przegrała przez brak zainteresowania widzów.
Wręcz przeciwnie.
Była przekonana, że jej bohaterka stała się zbyt wyrazista.
Zbyt zauważalna.
Zbyt silna jak na miejsce, które miała zajmować w serialowej opowieści.
Zupełnie inaczej sprawę przedstawiała jednak Ilona Łepkowska.
Scenarzystka i producentka „M jak miłość” nie ukrywała, że z jej perspektywy problem wyglądał inaczej.
W jednej z rozmów zasugerowała, że wątek Simony okazał się za mocno rozbudowany, a aktorka nie do końca poradziła sobie z nim warsztatowo.
Dodała też, że Fitkau-Perepeczko miała uwierzyć w swoją pozycję i próbować wpływać na rozwój postaci.
„Jej wątek był za bardzo rozbudowany. Okazało się, że ponad możliwości aktorskie pani Agnieszki. Pani Agnieszka miała przekonanie, że może wpływać na swój wątek, że może wpływać na to, że będzie on rozbudowywany, sugerować rozwiązania. Dlatego z niej zrezygnowano” — mówiła Łepkowska.
Te dwie wersje przez lata żyły obok siebie.
Z jednej strony aktorka, która czuła, że straciła rolę przez własny sukces.
Z drugiej — producentka, która wskazywała na kwestie zawodowe i trudności we współpracy.
Niezależnie od tego, która interpretacja była bliższa prawdzie, jedno pozostawało pewne: Agnieszka Fitkau-Perepeczko bardzo długo nie pogodziła się z definitywnym zamknięciem tego rozdziału.
Po odejściu z „M jak miłość” wciąż funkcjonowała w polskim show-biznesie.
Pojawiała się w mediach, komentowała swoją sytuację i nie ukrywała, że chciałaby jeszcze wrócić do głównego nurtu.
Najmocniej trzymała się nadziei związanej z Simoną.
Przez lata wierzyła, że ekipa serialu może kiedyś przypomnieć sobie o jej bohaterce.
I rzeczywiście w końcu tak się stało.

Fitkau-Perepeczko otrzymała zaproszenie na plan specjalnego odcinka jubileuszowego „M jak miłość”.
Dla aktorki był to moment ogromnej radości.
Nie kryła, że bardzo liczy na to, iż jednorazowy powrót może otworzyć drogę do dalszej współpracy.
Po emisji jubileuszowego odcinka w lutym sprawa na chwilę ucichła.
Mogło się wydawać, że był to tylko symboliczny ukłon w stronę dawnych widzów i przeszłości serialu.
Okazało się jednak, że cierpliwość aktorki została nagrodzona.
Producenci mieli przemyśleć sprawę i podjąć decyzję o wznowieniu wątku Simony.
Dla Agnieszki Fitkau-Perepeczko to wiadomość, na którą czekała prawie dwadzieścia lat.
Trudno się dziwić, że emocje są ogromne.
84-letnia aktorka znów może poczuć, że postać, z którą była tak mocno kojarzona, nie została całkowicie zapomniana.
W świecie seriali takie powroty mają szczególne znaczenie.
Dla widzów są okazją do spotkania z dawną bohaterką.
Dla aktora mogą być czymś znacznie większym.
Potwierdzeniem, że czas nie wymazał jego pracy.
Że postać nadal ma miejsce w pamięci publiczności.
Że po latach można jeszcze wrócić tam, gdzie kiedyś historia została gwałtownie przerwana.
W przypadku Fitkau-Perepeczko powrót Simony ma dodatkowy emocjonalny ciężar.
Aktorka przez lata powtarzała, że czuła się skrzywdzona decyzją o zakończeniu jej wątku.
Teraz, gdy pojawiła się szansa na kontynuację, może odbierać to jako spełnienie wielkiego marzenia.
Nie chodzi wyłącznie o samą rolę.
Chodzi także o poczucie, że po wielu latach historia zatoczyła koło.
Że bohaterka, którą tak mocno zapamiętali widzowie, znów może pojawić się na ekranie.
Razem z powrotem zainteresowania serialowego przyszło jednak coś jeszcze.
Fitkau-Perepeczko znów stała się obiektem uwagi mediów.
I wygląda na to, że aktorka przyjęła ten fakt z dużą dawką charakterystycznej dla siebie ekspresji.
W obszernym wpisie na Instagramie poinformowała, że przed jej domem pojawił się fotoreporter.
Zrobiła to w sposób bardzo barwny, ironiczny i pełen teatralnego tonu.
Z jej relacji wynikało, że obserwowała mężczyznę zza okna i dokładnie opisywała jego zachowanie.
„Przed oknem mam paparucha… krótkie spodenki, krótkie nóżki., czarny tiszert… Udaje że rozmawia przez telefon ale to słaby aktorzyna… Siedzi na schodkach domu. (…) Ja mam pozycję lepszą…bo widzę jego usiłowania udającego zdrożonego spacerowicza, który ma kamerę pod brodą, a komórkę przy uchu…Biedak! Może trzeba go zaprosić do mieszkania na kawę i przeprowadzić krótki wywiad… Zapytać czy materiał zadawalający…” — napisała aktorka.
Ten wpis natychmiast pokazuje, że Fitkau-Perepeczko doskonale rozumie mechanizmy zainteresowania wokół własnej osoby.
Z jednej strony narzeka na obecność fotoreportera.
Z drugiej — opisuje go z taką energią, jakby sama prowadziła własne przedstawienie.

Trudno zdecydować, kto w tej sytuacji kogo obserwował uważniej.
Fotoreporter aktorkę czy aktorka fotoreportera.
Właśnie w tym tkwi cały jej medialny temperament.
Nie znika w cieniu.
Nie odpowiada suchym komunikatem.
Nie udaje, że nic się nie dzieje.
Zamiast tego zamienia nawet nieprzyjemną sytuację w opowieść, w której sama rozdaje role.
Paparazzi staje się „słabym aktorzyną”.
Ona sama zajmuje lepszą pozycję obserwacyjną.
A cała scena pod oknem nabiera groteskowego, niemal komediowego charakteru.
Widać, że zainteresowanie mediów jednocześnie ją irytuje i ekscytuje.
Po latach czekania na większy powrót trudno się dziwić, że taki sygnał odbiera jako dowód, iż znów jest w centrum uwagi.
Aktorka napisała też, że jest gotowa do współpracy, choć oczywiście zrobiła to po swojemu.
Nie w formie spokojnej deklaracji, lecz prowokacyjnego, ironicznego pytania.
„Na co tak naprawdę czeka jego redakcja,? Ile płacą za takie kiblowanie pod oknem? No i na jaki materiał liczy…,co właściwie chciałby zobaczyć ? A może czas na skandal…ale na moich warunkach…” — dodała.
To ostatnie zdanie brzmi jak esencja jej medialnego stylu.
„Skandal, ale na moich warunkach” — w tej frazie jest żart, prowokacja i bardzo wyraźna potrzeba kontroli nad własnym wizerunkiem.
Fitkau-Perepeczko nie chce być wyłącznie obiektem obserwacji.
Chce sama decydować, jak zostanie pokazana.
Chce odpowiadać, komentować, kpić i rozgrywać uwagę po swojemu.
To szczególnie ciekawe w kontekście jej powrotu do „M jak miłość”.
Bo Simona również była postacią, która nie dawała się łatwo ustawić w tle.
Miała własny charakter, własną energię i własną siłę przebicia.
Być może właśnie dlatego widzowie ją zapamiętali.
I być może właśnie dlatego Agnieszka Fitkau-Perepeczko tak mocno utożsamiała się z tym, że jej bohaterka zasługiwała na dalszą obecność w serialu.
Teraz wszystko wskazuje na to, że po latach oczekiwania jej cierpliwość przyniosła efekt.
Najpierw zaproszenie na jubileuszowy odcinek.
Potem cisza.
A następnie informacja o wznowieniu wątku Simony.
Dla aktorki to nie jest zwykły epizod zawodowy.
To powrót do miejsca, które przed laty dało jej rozpoznawalność i jednocześnie zostawiło niedosyt.
Fani „M jak miłość” z pewnością będą ciekawi, w jaki sposób twórcy wprowadzą Simonę po tak długiej przerwie.

W serialowym świecie 19 lat to ogromny dystans.
Postacie się zmieniają, rodziny rozrastają, wątki zamykają i otwierają na nowo.
Powrót tak wyrazistej bohaterki musi więc zostać dobrze uzasadniony.
Na razie jednak najwięcej emocji budzi sama świadomość, że Simona znów może pojawić się w opowieści.
Dla Fitkau-Perepeczko to moment, który może dać jej dokładnie to, czego pragnęła od dawna: ponowne wejście do głównego nurtu zainteresowania.
I rzeczywiście, zainteresowanie już się pojawiło.
Fotoreporter pod domem stał się dla niej wymownym znakiem.
Aktorka zauważyła go, opisała i natychmiast zamieniła w materiał dla swoich obserwatorów.
Tak działa Agnieszka Fitkau-Perepeczko.
Nawet gdy mówi o czymś drażniącym, robi to z rozmachem, przesadą i błyskiem.
Nie wszyscy muszą lubić taki styl, ale trudno odmówić mu wyrazistości.
A wyrazistość od początku była jej największą siłą.
To właśnie ona sprawiła, że rola Simony zapadła widzom w pamięć.
To ona przez lata utrzymywała aktorkę w orbicie show-biznesu, mimo że zniknęła z serialu.
I to ona teraz znów pracuje na jej zainteresowanie.
Historia Fitkau-Perepeczko pokazuje też, jak długo aktor może czekać na powrót do roli, która kiedyś została przerwana.
Dla wielu osób 19 lat to cała epoka.
Dla niej był to czas nadziei, rozczarowań, wspomnień i kolejnych wypowiedzi o tym, że Simona zasługiwała na więcej.
Teraz wygląda na to, że los tej bohaterki nie został zamknięty na zawsze.
Agnieszka Fitkau-Perepeczko doczekała się momentu, w którym znów mówi się o niej w kontekście „M jak miłość”.
I choć sama opowiada o paparazzi z ironią, nie da się ukryć, że powrót zainteresowania jest dla niej ważny.
Po latach przerwy znów znalazła się w sytuacji, w której media chcą ją obserwować, a widzowie mogą zadawać sobie pytanie, jak będzie wyglądał dalszy ciąg jej serialowej historii.
Dla aktorki to spełnienie marzenia, na które czekała bardzo długo.
Nie tylko powrót na plan.
Nie tylko wznowienie wątku.
Także poczucie, że nadal potrafi wywoływać emocje.

Że nadal ktoś czeka na jej ruch.
Że Simona nie została zapomniana.
A ona sama nadal umie zrobić wokół siebie zamieszanie jednym wpisem.