Wojciech Zieliński nie żyje. Smutna wiadomość o śmierci 71-letniego kompozytora, aranżera, dyrygenta i producenta muzycznego pojawiła się w mediach 24 sierpnia. Artysta odszedł dzień wcześniej, a jego bliscy, przyjaciele i sympatycy pogrążyli się w żałobie. Poruszające słowa pożegnania opublikowała Hanna Śleszyńska, która nie ukrywa, że nagłe odejście przyjaciela głęboko ją wstrząsnęło.
Wojciech Zieliński przez lata był ważną postacią polskiej sceny muzycznej.
Działał jako kompozytor, aranżer, dyrygent i producent muzyczny.
Współtworzył muzyczne projekty, pracował z artystami i przez długi czas był związany z formacją muzyczno-aktorską „Tercet czyli Kwartet”.
Informacja o jego śmierci pojawiła się 24 sierpnia.

Wiadomość była tym bardziej bolesna, że 71-letni artysta zmarł nagle.
Dla osób, które go znały, był to ogromny szok.
Wśród tych, którzy nie mogą pogodzić się z jego odejściem, jest Hanna Śleszyńska.
Aktorka zabrała głos w mediach społecznościowych i potwierdziła smutne wieści.
Nie ukrywała żalu ani zaskoczenia.
W jej wpisie wybrzmiała nie tylko rozpacz po stracie kolegi, ale też czułe wspomnienie człowieka, z którym łączyła ją wieloletnia relacja.
„Z ogromnym smutkiem przyjęliśmy wczoraj wiadomość, że odszedł nagle Wojciech Zieliński. Nasz przyjaciel, muzyk, kompozytor, aranżer, dyrygent i producent muzyczny oraz długoletni członek formacji muzyczno-aktorskiej 'Tercet czyli Kwartet’” — napisała Hanna Śleszyńska na Instagramie.
Te słowa pokazują, jak ważną osobą był dla niej Wojciech Zieliński.
Nie pożegnała go wyłącznie jako utalentowanego muzyka.
Nazwana go przede wszystkim przyjacielem.
Kimś bliskim, obecnym, zapamiętanym nie tylko przez pryzmat pracy, ale też charakteru, energii i wspólnie spędzonych chwil.
Śleszyńska podkreśliła, że Zieliński miał wyjątkowe poczucie humoru.
Według jej wspomnień był świetnym kompanem, lubił żarty, anegdoty i słowne zabawy.
Miał w sobie coś „łobuzerskiego”, co sprawiało, że ludzie chętnie przebywali w jego towarzystwie.
Nie był więc tylko człowiekiem ogromnego talentu.
Był też osobą, która wnosiła do relacji lekkość, śmiech i dobrą energię.
Aktorka napisała o nim z ogromną czułością.
Wspominała jego dowcip, pomysłowość i żywiołowość.
Z jej słów wynika, że Wojciech Zieliński wciąż miał wiele planów.
Miał pomysły, marzenia i rzeczy, których nie zdążył już zrealizować.
To właśnie ten element jego odejścia boli szczególnie mocno.
Nagła śmierć zawsze zostawia po sobie poczucie niedokończenia.
Niewypowiedzianych rozmów.
Niespełnionych planów.

Projektów, które mogły jeszcze powstać.
Spotkań, które miały dopiero nadejść.
„Był świetnym kompanem, miał ogromne poczucie humoru, takie trochę 'łobuzerskie’. Lubił słowne kalambury, świetnie opowiadał dowcipy i anegdoty. (…) Tyle jeszcze miał planów i pomysłów… Żegnaj, Wojtuś. Serce pęka” — dodała Śleszyńska.
To krótkie pożegnanie mówi bardzo wiele.
Nie ma w nim chłodnego tonu ani oficjalnej formuły.
Jest ból po stracie przyjaciela.
Jest niedowierzanie.
Jest pamięć o człowieku, który potrafił rozśmieszać, inspirować i pracować z pasją.
Najmocniej brzmią ostatnie słowa aktorki: „Serce pęka”.
W takich momentach trudno o długie przemówienia.
Czasem jedno zdanie wystarcza, by pokazać skalę żalu.
Wojciech Zieliński odszedł w wieku 71 lat.
Dla wielu osób zostanie zapamiętany jako artysta wszechstronny, związany z muzyką na wielu poziomach.
Komponował, aranżował, dyrygował i produkował.
Był częścią świata, który nie zawsze stoi w pierwszym rzędzie fleszy, ale bez którego trudno wyobrazić sobie scenę, koncerty i muzyczne projekty.
Dla Hanny Śleszyńskiej był jednak kimś więcej niż nazwiskiem z zawodowego środowiska.
Był Wojtusiem.
Przyjacielem.
Człowiekiem z poczuciem humoru.
Osobą pełną planów, która odeszła zbyt nagle.
Po jej wpisie widać, jak bolesna była ta strata.
Aktorka nie próbowała ukrywać emocji.
Napisała wprost o smutku, zaskoczeniu i pękającym sercu.
Takie pożegnania najmocniej pokazują, że za artystycznymi biografiami kryją się relacje, przyjaźnie i codzienna obecność drugiego człowieka.
Śmierć Wojciecha Zielińskiego poruszyła tych, którzy znali jego pracę, ale także tych, którzy poznali go osobiście.
Dla jednych pozostanie muzykiem, kompozytorem i aranżerem.
Dla innych — kolegą ze sceny, współpracownikiem i dobrym kompanem.

Dla Hanny Śleszyńskiej — przyjacielem, którego nagłe odejście zostawiło pustkę.
I właśnie dlatego jej słowa tak mocno wybrzmiały w sieci.
Nie były zwykłym komunikatem o śmierci.
Były osobistym pożegnaniem człowieka, który miał jeszcze wiele do zrobienia.