„Na dobre i na złe” doczekało się wyjątkowego jubileuszu. 7 października telewizyjna Dwójka pokaże 1000. odcinek serialu, który przez lata wychował sobie ogromną publiczność. Jedną z twarzy produkcji była Edyta Jungowska, czyli serialowa Bożenka. Dziś aktorka realizuje inne projekty, prowadzi własne wydawnictwo, wróciła na ekran w „Na Wspólnej”, a prywatnie od ponad dwóch dekad żyje w nieformalnym związku, który określa się mianem „rzymskiego małżeństwa”.
„Na dobre i na złe” to jeden z tych seriali, które na stałe wpisały się w historię polskiej telewizji.
Przez lata widzowie śledzili losy lekarzy, pacjentów i bohaterów, którzy stawali się niemal domownikami.

7 października produkcja osiąga szczególny moment.
Telewizyjna Dwójka pokaże 1000. odcinek „Na dobre i na złe”.
To imponujący wynik, który przypomina również o aktorach, którzy przez lata współtworzyli siłę serialu.
Jedną z takich osób była Edyta Jungowska.
Aktorka wcielała się w Bożenkę i przez długi czas należała do rozpoznawalnych twarzy hitu TVP.
Jej bohaterka zapisała się w pamięci widzów, a sama Jungowska zyskała dzięki tej roli ogromną popularność.
Po latach aktorka nie ukrywała, że serial dał jej bardzo wiele.
Jednocześnie w pewnym momencie poczuła potrzebę zmiany.
Nie chciała być zamknięta wyłącznie w jednej roli i jednym telewizyjnym świecie.

„Bożenka dała mi wiele, ale chciałam spróbować innych wyzwań” — mówiła po latach na łamach „Tele Tygodnia”.
I rzeczywiście, po rozstaniu z tą postacią Edyta Jungowska poszła własną drogą.
Nie porzuciła całkowicie aktorstwa, ale mocno przesunęła zawodowe akcenty.
Dziś prowadzi własne wydawnictwo i promuje literaturę dla dzieci.
Dużą częścią jej działalności są także audiobooki.
To właśnie w tym obszarze znalazła dla siebie przestrzeń, która łączy twórczość, głos, wyobraźnię i pracę z najmłodszymi odbiorcami.
Dla aktorki, której charakterystyczny głos i energia od dawna były rozpoznawalne, taki kierunek wydaje się bardzo naturalny.
Jungowska nie zniknęła jednak z ekranu.
Występowała w mniejszych rolach, a niedawno dołączyła do obsady „Na Wspólnej”.
W lutym tego roku świętowała 60. urodziny.
Ten moment również przypomniał widzom, jak długa i różnorodna jest jej droga zawodowa.
Dla wielu osób nadal pozostaje twarzą kojarzoną z „Na dobre i na złe”, ale jej obecne życie i kariera pokazują, że dawno wyszła poza jeden serialowy etap.
Równie dużo zainteresowania wzbudza jej życie prywatne.
Edyta Jungowska od ponad dwóch dekad żyje w nieformalnym związku.
Na początku roku w rozmowie z Plejadą przyznała, że dopiero niedawno dowiedziała się, iż taka relacja bywa określana jako „rzymskie małżeństwo”.

„Niedawno dowiedziałam się, że jesteśmy ‘rzymskim małżeństwem’. Wcześniej nie zdawałam sobie sprawy z tego, że tak określa się związki partnerskie z długim stażem. Nie zmienia to jednak faktu, że wciąż nie mówimy do siebie: żono i mężu” — mówiła aktorka.
To wyznanie zwróciło uwagę, bo Jungowska opowiedziała o swoim związku bez patosu i bez potrzeby tłumaczenia się z wyborów.
Po prostu nazwała rzeczy po imieniu.
Jest w długiej relacji.
Nieformalnej, ale trwałej.
Bez ślubu, ale z wieloletnią wspólną historią.
Nie używa określeń „żona” i „mąż”, bo formalnie nimi nie są.
Jednocześnie ich związek ma staż, którego mogłoby pozazdrościć wiele małżeństw.
Aktorka w tym samym wywiadzie poruszyła także temat prawnego uregulowania związków partnerskich.
Podkreśliła, że wiele par żyje podobnie jak ona i jej partner.
Według niej takie osoby powinny mieć większe poczucie bezpieczeństwa wynikające z przepisów.
„Bardzo dobrze, że coraz więcej mówi się o związkach partnerskich i konieczności prawnego uregulowania ich sytuacji. Niestety, zapowiadana ustawa wciąż nie została przyjęta. A jednak dotyczy ona sporej części wyborców. Jestem przekonana, że za jej sprawą wiele osób poczułoby się bezpiecznie” — zaznaczyła.
Te słowa pokazują, że dla Jungowskiej temat nie jest wyłącznie prywatną ciekawostką.
Nie chodzi tylko o to, jak nazywa się jej relację.
Chodzi o realne życie wielu ludzi, którzy tworzą długoletnie związki, ale nie funkcjonują w formalnym małżeństwie.
Aktorka mówi o bezpieczeństwie, a nie o modzie czy medialnym haśle.
To ważna różnica.
Jej własna sytuacja staje się punktem wyjścia do szerszej refleksji o tym, jak państwo traktuje pary żyjące poza tradycyjnym modelem małżeństwa.
Jungowska nie ukrywa, że prawo mogłoby dać takim osobom większą stabilność.
W jej wypowiedzi nie ma skandalu ani prowokacji.
Jest spokojne stwierdzenie, że rzeczywistość wielu par już dawno wyprzedziła przepisy.
Właśnie dlatego określenie „rzymskie małżeństwo” tak mocno przyciągnęło uwagę.
Brzmi nietypowo, trochę intrygująco, a jednocześnie opisuje coś bardzo zwyczajnego: długoletni związek partnerski bez formalnego ślubu.
Edyta Jungowska przyznaje, że wcześniej nie wiedziała, iż właśnie tak można nazwać jej relację.
Ale samo określenie nie zmienia tego, jak żyje.
Nie sprawia, że nagle zaczyna mówić do partnera „mężu”.
Nie zmienia codzienności.
Po prostu daje nazwę sytuacji, która trwa od ponad dwóch dekad.
Dla aktorki prywatność od dawna nie była narzędziem budowania sensacji.
Nie należy do osób, które nieustannie karmią media szczegółami z życia domowego.
Dlatego jej słowa brzmią tym bardziej naturalnie.
Nie próbuje udowadniać, że jej model życia jest lepszy od innych.
Nie tłumaczy się z braku ślubu.
Nie buduje dramatycznej opowieści.
Mówi spokojnie o tym, jak wygląda jej rzeczywistość.
A ta rzeczywistość jest stabilna, długoletnia i nieformalna.
W tle jubileuszu „Na dobre i na złe” historia Jungowskiej nabiera dodatkowego znaczenia.
Serial, który dziś świętuje 1000. odcinek, był dla niej ważnym zawodowym etapem.
Ale aktorka nie zatrzymała się w przeszłości.
Poszła dalej.

Zbudowała własne wydawnictwo.
Zajęła się literaturą dla dzieci i audiobookami.
Występuje w innych produkcjach.
Weszła do obsady „Na Wspólnej”.
A prywatnie od lat żyje po swojemu, niekoniecznie według najbardziej tradycyjnego scenariusza.
To pokazuje, że jej droga po „Na dobre i na złe” nie była wycofaniem się z życia zawodowego.
Była zmianą kierunku.
Jungowska nie musi już udowadniać, że jest częścią popularnego serialu, by mieć własne miejsce w kulturze.
Ma dorobek aktorski, własne projekty i rozpoznawalny głos.
Jej kariera nie opiera się wyłącznie na wspomnieniu Bożenki.
Choć dla fanów „Na dobre i na złe” ta rola zawsze pozostanie ważna, aktorka sama jasno mówiła, że chciała nowych wyzwań.
I znalazła je poza Leśną Górą.
Dzisiejszy jubileusz serialu jest więc dobrą okazją, by przypomnieć nie tylko dawną bohaterkę, ale też kobietę, która potrafiła poukładać życie zawodowe i prywatne na własnych zasadach.
Nie goni za każdą medialną okazją.
Nie musi być stale na pierwszym planie.
Robi rzeczy, które mają dla niej sens.
Własne wydawnictwo, literatura dla dzieci, audiobooki, mniejsze role, nowy serial i spokojne życie w długoletnim związku bez ślubu.
To wszystko składa się na obraz aktorki, która po dużej popularności wybrała bardziej niezależną drogę.
Nie znaczy to, że zniknęła.
Po prostu zmieniła tempo i kierunek.
Fakt, że „Na dobre i na złe” doczekało się 1000. odcinka, może budzić sentyment u widzów, którzy pamiętają Jungowską z czasów Bożenki.
Ale jej obecna historia jest równie ciekawa.
Pokazuje, jak można nie odcinać się od ważnej roli, a jednocześnie nie pozwolić, by jedna postać zdefiniowała całe życie.
Edyta Jungowska wciąż jest aktywna, wciąż obecna, ale inaczej niż kiedyś.
Nie tylko jako aktorka z serialu.
Także jako wydawczyni, promotorka literatury dziecięcej i kobieta, która otwarcie mówi o związku partnerskim z długim stażem.
Jej słowa o „rzymskim małżeństwie” wybrzmiewają bez sensacyjnego tonu, ale dotykają tematu, który dla wielu osób jest bardzo ważny.
Bo za tym określeniem kryją się codzienne relacje, wspólne lata, lojalność i potrzeba bezpieczeństwa.
A Jungowska przypomina, że nie każdy trwały związek musi mieścić się w tradycyjnej formule małżeństwa.
W jej przypadku najważniejsze jest nie to, jak relację nazwą inni.
Najważniejsze jest to, że trwa od ponad dwóch dekad.
Bez mówienia do siebie „żono” i „mężu”.
Bez formalnej etykiety.
Ale z własną historią, której nie trzeba nikomu udowadniać.