Dorota Naruszewicz przez lata była dla widzów przede wszystkim Beatą Borecką z „Klanu”. W kultowym serialu grała przez 14 lat, a równolegle przez długi czas jej prywatne życie wyglądało jak spokojna, stabilna historia. Aktorka była żoną prawnika Tomasza Żórawskiego, z którym stworzyła rodzinę i doczekała się dwóch córek.
Para pobrała się w 2005 roku, ale jeszcze przed ślubem na świecie pojawiła się ich pierwsza córka, Nina. W 2006 roku rodzina powiększyła się o drugą dziewczynkę, Nellę. Przez lata małżeństwo Doroty Naruszewicz i Tomasza Żórawskiego uchodziło za bardzo udane.

Dlatego informacja o rozwodzie, która pojawiła się w 2020 roku, była dla wielu osób zaskoczeniem. Aktorka zakończyła małżeństwo po wielu latach wspólnego życia, a dziś mówi o tym z dużą szczerością i spokojem, choć nie ukrywa, że był to dla niej jeden z najtrudniejszych momentów.
Po sześciu latach od rozwodu Naruszewicz zdecydowała się szerzej opowiedzieć, co naprawdę przeżywała. Przyznała, że samo formalne rozstanie nie było burzliwym dramatem, bo decyzja zapadła już na spokojniejszym etapie relacji.
„Bardzo trudno i to nawet nie chodzi o to, że to był jakiś dramat sercowy, bo to już było na takim spokojnym etapie i myśmy się ładnie rozstali” — powiedziała aktorka.
Największym ciosem okazało się dla niej coś innego. Po prawie 30 latach życia z drugim człowiekiem nagle musiała nauczyć się codzienności w pojedynkę. To właśnie samotność, a nie sama decyzja o rozwodzie, najmocniej ją zaskoczyła.
Dorota Naruszewicz wyznała, że małżeństwo przez 27 lat było dla niej całym światem. Nawet jeśli w związku pojawiały się napięcia czy kłótnie, wciąż był obok ktoś, z kim dzieliła dzień, obowiązki, emocje i zwykłe sprawy.
„To jest bardzo trudne zacząć żyć samemu, to jest ogromna transformacja życiowa. Tracisz cały swój świat, bo dla mnie małżeństwo niezależnie od jego kondycji to było przez 27 lat życie z kimś, dzielenie się z nim każdym dniem, wszystkim, co robisz. Nawet jak się kłócisz, to się kłócisz z kimś” — mówiła.
Po rozstaniu aktorka musiała wyprowadzić się z rodzinnego domu i rozpocząć zupełnie nowy etap. Jak sama przyznała, było to dla niej szczególne doświadczenie, bo wcześniej nigdy nie mieszkała sama.
Najpierw dzieliła dom z rodzicami, później z mężem. Dopiero około pięćdziesiątki znalazła się w sytuacji, w której każdego dnia wracała do miejsca, gdzie nie czekał na nią partner.

„Ja zawsze z kimś byłam. Najpierw z rodzicami, a potem z mężem. Nie miałam w życiu takiego etapu, że mieszkałam sama. I tu raptem w wieku już dojrzałym, koło pięćdziesiątki, mieszkam sama” — wyznała.
To wymagało od niej ogromnej zmiany. Musiała od nowa zbudować rytm dnia, nauczyć się samodzielności i oswoić ciszę, której wcześniej nie znała w takiej formie. Po latach potrafi jednak spojrzeć na ten okres bez poczucia porażki.
Naruszewicz mogła liczyć na przyjaciół, którzy byli gotowi ją wspierać, gdy tego potrzebowała. Ich obecność pomogła jej przejść przez etap, który początkowo wydawał się bardzo trudny i obcy.
Dziś aktorka mówi o swoim dawnym małżeństwie z wdzięcznością. Nie traktuje rozwodu jako przegranej ani przekreślenia wszystkiego, co wydarzyło się wcześniej. Przeciwnie, podkreśla, że wieloletni związek był dla niej czymś cennym.

„Bardzo sobie cenię, że miałam tak długi związek. To jest dla mnie ogromna wartość i to, że on się skończył, nie powoduje, że ja coś przegrałam” — dodała.
W tych słowach widać dojrzałość i zgodę na to, że nawet ważne historie czasem się kończą. Dorota Naruszewicz nie ukrywa bólu, jaki przyniosła jej samotność po rozwodzie, ale jednocześnie nie odbiera wartości latom spędzonym z mężem.

Dziś gwiazda „Klanu” mówi o swoim życiu z większym spokojem. Po nagłej zmianie, przeprowadzce i pierwszym samotnym mieszkaniu udało jej się odnaleźć w nowej rzeczywistości. A jej wyznanie pokazuje, że zakończenie małżeństwa po tylu latach bywa nie tylko rozstaniem z drugą osobą, ale też pożegnaniem całego dotychczasowego świata.