Jan Frycz odszedł 15 sierpnia w wieku 72 lat, zostawiając w żałobie rodzinę, przyjaciół, współpracowników i widzów. Dopiero teraz, gdy od jego śmierci minął już ponad tydzień, szczególnej wagi nabierają słowa z ostatniego wywiadu, którego udzielił przed odejściem. Aktor mówił w nim o Teatrze Telewizji, nowej adaptacji „Króla Maciusia Pierwszego”, ale też o sprawach znacznie większych: odpowiedzialności, świecie, ludziach i najgorszym wyborze, jakim jest obojętność.
Śmierć Jana Frycza była dla wielu osób ogromnym ciosem.
Informacja o odejściu aktora pojawiła się kilka dni temu i natychmiast poruszyła całe środowisko artystyczne.
Frycz zmarł w sobotę, 15 sierpnia.
Miał 72 lata.

O jego śmierci poinformowali przedstawiciele stołecznej sceny, z którą był związany przez dwadzieścia lat.
W pożegnaniu podkreślono, że nie był tylko wybitnym aktorem.
Dla wielu osób był także przyjacielem, mentorem i człowiekiem, którego obecność miała ogromne znaczenie w codziennym życiu teatru.
„Jan Frycz był niezwykle ważnym członkiem naszego Zespołu – nie tylko wielkim artystą, ale i przyjacielem, a dla wielu z nas również mentorem. Będzie nam bardzo brakować jego charyzmy na próbach, jego śmiechu w kuluarach, długich rozmów i analiz. Przede wszystkim jednak będzie nam go brakować jako pięknego człowieka. Mieliśmy wielkie szczęście, mogąc spotykać się na co dzień” — przekazano w mediach społecznościowych.
Te słowa pokazały, jak wielką pustkę zostawił po sobie aktor.
Nie chodziło wyłącznie o stratę artysty z imponującym dorobkiem.
Chodziło także o odejście człowieka, który był ważny dla osób spotykających go na próbach, w kuluarach, przy rozmowach o scenie i życiu.
Z oświadczenia wynika, że Jan Frycz odszedł w domu, w otoczeniu najbliższych.
Dla widzów był jednym z najważniejszych polskich aktorów.
Dla współpracowników — kimś znacznie bliższym niż nazwisko z afisza.
Po jego śmierci wracają wspomnienia, role i wypowiedzi, które teraz brzmią inaczej niż jeszcze kilka tygodni temu.
Szczególne znaczenie ma ostatni wywiad, którego udzielił.
Nikt wtedy nie mógł wiedzieć, że będzie to jego finałowa rozmowa z mediami.
Frycz do końca pozostawał aktywny zawodowo.
Nie wycofał się z pracy.
Nie zamykał publicznie kariery.
Przeciwnie, przygotowywał się do kolejnych projektów i wciąż był obecny w świecie aktorstwa.
Jednym z ostatnich zrealizowanych przez niego przedsięwzięć był spektakl „Król Maciuś Pierwszy” w reżyserii Tadeusza Kabicza.
Produkcja powstała dla Teatru Telewizji i ma mieć premierę jesienią.
W obsadzie, obok Jana Frycza, znaleźli się także Danuta Stenka, Karolina Gruszka oraz Tomasz Kot.
To właśnie wokół tego tytułu koncentrował się ostatni wywiad aktora.
Rozmowę przeprowadził Michał Misiorek.
Frycz mówił w niej nie tylko o samej pracy nad adaptacją, lecz także o miejscu Teatru Telewizji w kulturze.
Dla aktora ten gatunek miał szczególną wartość.
Nie traktował go jak zwykłej telewizyjnej formy ani technicznego zapisu spektaklu.
Widział w nim osobny, wymagający język artystyczny.
„Teatr Telewizji to oryginalny gatunek sztuki i zajmuje on w moim sercu miejsce wyjątkowe. Jego siła tkwi w tym, że nie jest – i nie powinien być – zwykłym widowiskiem telewizyjnym ani prostą rejestracją spektaklu ze sceny” — mówił Jan Frycz.
Te słowa dobrze pokazują, jak poważnie traktował swoją pracę.
Nie patrzył na Teatr Telewizji jak na kompromis między sceną a kamerą.
Dla niego była to odrębna forma, która ma własną siłę, rytm i znaczenie.

To szczególnie ważne w czasach, gdy wiele treści jest konsumowanych szybko i bez większego namysłu.
Frycz przypominał, że sztuka telewizyjna może być czymś głębszym niż obraz na ekranie.
Może być spotkaniem teatru, literatury, aktorstwa i kamery.
Może wymagać takiej samej uwagi jak scena, a jednocześnie docierać do ludzi w zupełnie inny sposób.
Możliwość zagrania w adaptacji książki Janusza Korczaka była dla niego ważna także z powodów osobistych.
„Król Maciuś Pierwszy” nie był dla niego przypadkowym tytułem.
Wiązał się ze wspomnieniami z dzieciństwa i z emocją, która wróciła, gdy pojawiła się propozycja udziału w spektaklu.
„Od razu zgodziłem się zagrać w tym spektaklu, wzruszony wspomnieniami lektury z własnego dzieciństwa (…)” — wyznał.
W tych słowach słychać nie tylko zawodową ciekawość.
Słychać też osobisty powrót do tekstu, który znał od dawna.
Dla aktora z takim doświadczeniem wybór roli nie musiał być już wyłącznie kolejnym punktem w dorobku.
Mógł być spotkaniem z pamięcią, dzieciństwem i literaturą, która zostaje w człowieku na lata.
Dlatego jego udział w „Królu Maciusiu Pierwszym” nabiera dziś szczególnego znaczenia.
Był to jeden z ostatnich projektów, w których widzowie będą mogli zobaczyć Jana Frycza.
Jesienna premiera Teatru Telewizji stanie się dla wielu osób nie tylko wydarzeniem artystycznym, ale też jednym z ostatnich spotkań z aktorem.
Ostatni wywiad nie zatrzymał się jednak na rozmowie o spektaklu.
Frycz odniósł się także do jednej z myśli Janusza Korczaka.
Chodzi o przekonanie, że nie wolno zostawiać świata takim, jakim jest.
Aktor zgodził się z tym przesłaniem i podkreślił, że dziś brzmi ono szczególnie mocno.
Nie mówił o nim jak o pięknym, literackim haśle.
Potraktował je jako realne zobowiązanie.
„W odniesieniu do współczesnych wyzwań ta myśl Janusza Korczaka zyskuje zupełnie nowy, niemal dramatyczny wymiar. Dziś 'niezostawianie świata takim, jaki jest’ to nie tylko kwestia empatii, ale przede wszystkim naszej odpowiedzialności za przyszłość” — stwierdził.
Po śmierci aktora te słowa brzmią wyjątkowo przejmująco.
Mówił o świecie, który wymaga działania.
O odpowiedzialności za to, co zostawiamy innym.
O empatii, która nie może kończyć się na wzruszeniu.
O przyszłości, za którą każdy w jakimś stopniu odpowiada.
Frycz nie wypowiadał się w tonie pustego moralizowania.
Jego słowa miały ciężar osobistej refleksji człowieka, który przez lata obserwował ludzi, relacje i świat.
Aktor poszedł w tej wypowiedzi jeszcze dalej.
Zwrócił się z apelem, który dziś można odczytywać jak jedno z jego ostatnich ważnych przesłań.
„Naprawianie świata zawsze zaczyna się od nas samych. Rezygnacja z działania i obojętność są najgorszym wyborem. Traktujmy Ziemię jako naszą małą planetę i nas, ludzi, którzy żyjemy na naszej małej planecie, jako całość. Dbajmy o środowisko i o ludzi jednocześnie, bo jesteśmy od siebie zależni. Uważam, że powinniśmy zawsze o tym pamiętać” — mówił Jan Frycz.
To zdanie o obojętności szczególnie zapada w pamięć.
„Rezygnacja z działania i obojętność są najgorszym wyborem” — powiedział aktor.
Trudno dziś czytać te słowa bez wzruszenia.
Nie były wypowiedziane jako pożegnanie.
Nie miały być ostatnim publicznym przesłaniem.
A jednak po jego śmierci brzmią właśnie w taki sposób.
Jak apel, który zostaje po człowieku.
Jak przypomnienie, że nie wystarczy patrzeć na świat z dystansu.
Trzeba reagować.
Trzeba zaczynać od siebie.
Trzeba widzieć związek między człowiekiem, drugim człowiekiem i środowiskiem.
Frycz mówił o Ziemi jak o małej planecie, na której wszyscy jesteśmy od siebie zależni.
To prosta myśl, ale w jego ustach miała głębię.
Nie chodziło o modny slogan.
Chodziło o świadomość wspólnoty i odpowiedzialności.
Aktor zwracał uwagę, że troska o środowisko nie może być oddzielona od troski o ludzi.
Jedno łączy się z drugim.
Jeśli człowiek traktuje świat obojętnie, w końcu uderza to także w innych.
Jeśli rezygnuje z działania, pozwala, by problemy narastały.
W tych słowach widać dojrzałość i niepokój o przyszłość.
Jan Frycz, pytany o Korczaka, odpowiedział w sposób, który wykraczał poza promocję spektaklu.
Zamiast mówić wyłącznie o literackiej adaptacji, dotknął tematu odpowiedzialności za świat.
To pokazuje, że praca nad „Królem Maciusiem Pierwszym” była dla niego także pretekstem do ważniejszej rozmowy.
O tym, co literatura może powiedzieć współczesnym ludziom.
O tym, dlaczego myśl Korczaka nadal jest aktualna.
O tym, że sztuka nie musi być oderwana od życia.
Może przypominać o najważniejszych sprawach.

Dziś, gdy wiadomo, że był to ostatni wywiad Jana Frycza, każda jego wypowiedź nabiera dodatkowego ciężaru.
Nie dlatego, że aktor przewidywał swoje odejście.
Nie ma tu żadnej taniej symboliki ani łatwej sensacji.
Jest raczej bolesna świadomość, że człowiek mówił o sprawach najważniejszych, a chwilę później sam odszedł.
Bliscy, przyjaciele i współpracownicy wciąż przeżywają jego śmierć.
Widzowie wracają do ról, które zagrał.
Teatr wspomina jego charyzmę, śmiech, rozmowy i obecność.
A ostatnia rozmowa pokazuje człowieka, który do końca myślał o sztuce, świecie i odpowiedzialności.
Jan Frycz był aktorem o wielkiej sile scenicznej.
Potrafił budować postaci mocne, złożone, zapadające w pamięć.
Ale we wspomnieniach po jego śmierci często powraca nie tylko zawodowy dorobek.
Powraca także obraz człowieka.
Mentora.
Przyjaciela.
Kogoś, z kim można było rozmawiać i analizować.
Kogoś, kto zostawiał po sobie więcej niż role.
Dlatego ostatni wywiad porusza tak mocno.
Pokazuje Frycza w momencie zawodowej aktywności, w rozmowie o sztuce i wartościach.
Nie jako kogoś, kto zamyka rozdział.
Raczej jako artystę, który nadal ma co powiedzieć.
Nadal angażuje się w projekty.
Nadal myśli o tym, co może przekazać widzom.
Spektakl „Król Maciuś Pierwszy” będzie miał jesienną premierę w Teatrze Telewizji.
Widzowie zobaczą w nim Jana Frycza obok Danuty Stenki, Karoliny Gruszki i Tomasza Kota.
Dla wielu osób ten seans będzie miał wymiar pożegnalny.
Nie dlatego, że spektakl był tak planowany.
Po prostu życie dopisało do niego bolesny kontekst.
Frycz mówił, że od razu zgodził się na udział, bo wróciły do niego wspomnienia z dzieciństwa.
Mówił o wyjątkowym miejscu Teatru Telewizji w swoim sercu.
Mówił o Korczaku i konieczności niezostawiania świata takim, jaki jest.
Mówił o obojętności jako najgorszym wyborze.
Te wszystkie wypowiedzi teraz układają się w poruszający portret artysty.
Człowieka, który traktował zawód poważnie.
Człowieka, który nie odcinał sztuki od odpowiedzialności.
Człowieka, który nie chciał zgody na bierność.
Jego ostatni wywiad nie był sensacyjnym wyznaniem ani prywatnym rozliczeniem.
Był spokojną, ważną rozmową o pracy, pamięci, literaturze i świecie.
Właśnie dlatego po śmierci aktora brzmi tak mocno.
Bo nie ma w nim sztucznego patosu.
Są zdania, które można zabrać ze sobą.
O tym, że naprawianie świata zaczyna się od nas.
O tym, że nie wolno wybierać obojętności.
O tym, że ludzie i środowisko są ze sobą związani.
O tym, że trzeba pamiętać o wspólnej odpowiedzialności.
Jan Frycz odszedł w domu, przy najbliższych.
Zostawił po sobie role, wspomnienia i słowa, które teraz wracają z niezwykłą siłą.
Nikt nie wiedział, że tamta rozmowa będzie ostatnia.
Nikt nie czytał jej wtedy jak testamentu.
Dopiero dziś widać, jak wiele w niej było treści, która zostanie z widzami na długo.
Bo czasem ostatnie słowa nie muszą dotyczyć śmierci, żeby stać się pożegnaniem.
W przypadku Jana Frycza były o życiu.
O sztuce.
O ludziach.
O planecie.
O odpowiedzialności.
I o tym, że najgorsze, co można zrobić, to przestać działać i przejść obok świata obojętnie.