Maciej Stuhr pojawił się na scenie Opery Leśnej podczas koncertu „Stanisław Soyka. Absolutnie”, zorganizowanego pierwszego dnia Festiwalu Top of the Top. Wieczór miał być hołdem dla zmarłego rok wcześniej Stanisława Soyki, ale aktor w swoim wystąpieniu nawiązał także do osobistej straty. Wspomniał swojego tatę, Jerzego Stuhra, i zdradził, jaka myśl przynosi mu ukojenie, gdy tęsknota za ojcem staje się szczególnie silna.
21 sierpnia minęła pierwsza rocznica śmierci Stanisława Soyki.
Artysta odszedł w czasie trwania Festiwalu Top of the Top w Sopocie, a jego śmierć głęboko poruszyła środowisko muzyczne i fanów.
Rok później organizatorzy festiwalu postanowili uczcić jego pamięć w szczególny sposób.

Na pierwszy dzień wydarzenia zaplanowano koncert „Stanisław Soyka. Absolutnie”.
Miał on przypomnieć dorobek artysty, jego wyjątkową osobowość i emocje, jakie przez lata wnosił na scenę.
W Operze Leśnej pojawili się wykonawcy, dla których twórczość Soyki była ważna i bliska.
Jedną z osób zaproszonych do udziału w tym wydarzeniu był Maciej Stuhr.
Aktor ukończył szkołę muzyczną, ale sam nie uważa się za profesjonalnego artystę śpiewającego.
Nie ukrywał więc, że udział w takim koncercie był dla niego dużym przeżyciem.
Mimo tremy i świadomości, że śpiewanie nie jest jego główną dziedziną, zdecydował się wyjść na scenę.
Jak tłumaczył, zadziałały emocje, wspomnienia i osobista więź ze Stanisławem Soyką.
„Wielkie emocje, bo naprawdę to nie jest moja działka, śpiewanie. Chociaż lubię, ale się zawsze boję jednak, bo nie jestem profesjonalistą. To jest coś bardzo miłego, co mnie w życiu spotkało, że z moim idolem nawiązałem relacje, poznaliśmy się, zagraliśmy kiedyś „Czas nas uczy pogody” na cztery ręce na jednym fortepianie, to było cudowne. Ale to, dlaczego dziś uważam, że tutaj chciałem i potrzebowałem być, to moja miłość do niego jako artysty, to przede wszystkim” — wyznał ze sceny Maciej Stuhr.
W tych słowach było widać, że nie traktował swojego udziału jak zwykłego punktu programu.
Dla niego był to osobisty gest wobec człowieka, którego podziwiał.
Nazwanie Soyki idolem pokazało skalę szacunku, jaki Stuhr miał do zmarłego muzyka.
A wspomnienie wspólnego zagrania „Czas nas uczy pogody” na cztery ręce przy jednym fortepianie nadało tej opowieści bardzo intymny charakter.
Nie mówił wyłącznie o legendzie sceny.
Mówił o kimś, kogo poznał, z kim nawiązał relację i z kim przeżył ważny muzyczny moment.
Dlatego obecność na koncercie była dla niego czymś potrzebnym.
Nie popisem.
Nie próbą wejścia w rolę zawodowego wokalisty.
Raczej wyrazem miłości do artysty, który zostawił po sobie ogromny ślad.
Podczas tego samego wystąpienia Maciej Stuhr dotknął jednak także jeszcze bardziej osobistego tematu.
Półtora miesiąca wcześniej, 9 lipca, minęła druga rocznica śmierci jego ojca, Jerzego Stuhra.
Wybitny aktor zmarł w wieku 77 lat po długiej chorobie.
Jerzy Stuhr miał na koncie wiele niezapomnianych ról filmowych i teatralnych.
Był również byłym rektorem krakowskiej PWST.
Dla polskiej kultury był jedną z najważniejszych postaci swojego pokolenia.

Dla Macieja Stuhra był jednak przede wszystkim tatą.
Relacja ojca i syna przez lata interesowała media, zwłaszcza że Maciej wybrał ten sam zawód i wielokrotnie opowiadał, jak wygląda życie w cieniu tak wybitnego rodzica.
Musiał mierzyć się z porównaniami, oczekiwaniami i własną potrzebą budowania niezależnej drogi.
Po śmierci Jerzego Stuhra musiał nauczyć się funkcjonować już bez jego obecności.
Na scenie w Sopocie przyznał, że w chwilach tęsknoty pomaga mu pewna myśl.
Brzmiała metafizycznie, ale bardzo ludzko.
„Jeżeli chociaż jest odrobina szansy, że duchy tych, którzy nas opuścili, coś widzą na ziemi, to trzeba im pomachać. Dwa lata temu umarł mój tata i czasem występuje na stand-upie, wspominam go. Ludzie też reagują jakoś miło i wtedy lubię wierzyć w to i myśleć sobie, że on to widzi. Myślę, że ze Staszkiem dzisiaj, mam nadzieję, że jest podobnie, że siedzi na chmurce nad Trójmiastem, roni łezkę i śpiewa i gra razem z nami” — powiedział Maciej Stuhr.
Te słowa poruszyły swoją prostotą.
Aktor nie próbował budować wielkiego patosu.
Powiedział o czymś bardzo delikatnym: o potrzebie wiary, że ci, którzy odeszli, w jakiś sposób nadal mogą zobaczyć gesty pamięci.
Dla niego takim gestem bywa wspominanie ojca podczas stand-upu.
Gdy publiczność reaguje ciepło, Stuhr lubi myśleć, że Jerzy to widzi.
Że gdzieś jest obecny.
Że słyszy śmiech, wspomnienie, czułość i reakcję ludzi.
To wyobrażenie przynosi mu otuchę.
W Sopocie połączył tę myśl ze Stanisławem Soyką.
Wyobraził sobie muzyka siedzącego „na chmurce nad Trójmiastem”, wzruszonego koncertem i grającego razem z tymi, którzy przyszli oddać mu hołd.
Ten obraz był ciepły, symboliczny i bardzo w tonie całego wieczoru.
Koncert poświęcony Soyce miał przecież przypominać nie tylko jego piosenki, ale też osobowość.
Artystę, który dla wielu ludzi był kimś więcej niż wykonawcą.
Maciej Stuhr swoją wypowiedzią pokazał, że wspominanie zmarłych może być nie tylko bolesne.
Może też łączyć ludzi, uruchamiać wdzięczność i dawać poczucie, że pamięć ma sens.
W przypadku Jerzego Stuhra ta pamięć jest dla Macieja bardzo osobista.
Dotyczy ojca, z którym łączyły go więzi rodzinne, zawodowe i artystyczne.
Dotyczy człowieka, który przez lata był dla niego punktem odniesienia.
Dla publiczności Jerzy Stuhr był legendą aktorstwa.
Dla syna był kimś, za kim można po prostu tęsknić.
Dlatego wyznanie ze sceny w Sopocie zabrzmiało tak mocno.
Nie było osobną, oderwaną dygresją.
Wpisywało się w atmosferę wieczoru poświęconego pamięci.

Maciej Stuhr mówił o Soyce, ale przez własne doświadczenie straty potrafił nadać temu wspomnieniu głębszy sens.
Wiedział, czym jest brak bliskiego człowieka.
Wiedział, jak działa tęsknota.
Wiedział też, że czasem człowiek potrzebuje choćby małej myśli, która pomaga przejść przez taki moment.
Jego słowa o machaniu duchom mogą brzmieć jak metafora, ale kryje się w nich bardzo konkretna emocja.
Potrzeba kontaktu z tymi, którzy odeszli.
Potrzeba powiedzenia im: pamiętamy, jesteście z nami, nadal macie znaczenie.
Właśnie dlatego publiczne wspomnienia bywają tak ważne.
Nie przywracają zmarłych, ale sprawiają, że ich obecność trwa w rozmowie, muzyce, śmiechu i wzruszeniu.
W Sopocie Stanisław Soyka został przypomniany przez artystów, którym był bliski.
Maciej Stuhr dołożył do tego osobiste doświadczenie żałoby po ojcu.
W efekcie jego wystąpienie nie było tylko zapowiedzią czy komentarzem do koncertu.
Stało się krótką refleksją o tym, jak ludzie próbują radzić sobie ze stratą.
Czasem przez sztukę.
Czasem przez śmiech.
Czasem przez wspomnienie ze sceny.
Czasem przez wyobrażenie, że gdzieś tam ktoś patrzy i słyszy.
Maciej Stuhr przyznał, że lubi wierzyć, iż jego tata widzi momenty, w których jest wspominany i ciepło przyjmowany przez publiczność.
Ta myśl daje mu pocieszenie.
Nie usuwa bólu, ale sprawia, że tęsknota staje się trochę mniej samotna.
Właśnie dlatego jego słowa zabrzmiały tak intymnie.
A jednocześnie były zrozumiałe dla wielu osób, które po stracie kogoś bliskiego również szukają znaków, symboli i własnych sposobów na rozmowę z nieobecnością.
Stuhr nie narzucał nikomu swojej wiary ani pewności.
Powiedział: „jeżeli chociaż jest odrobina szansy”.
W tym zdaniu jest delikatność.
Nie ma stanowczej deklaracji.
Jest pragnienie.
Nadzieja, że pamięć dociera dalej, niż jesteśmy w stanie zobaczyć.
I że ci, którzy odeszli, mogą czasem uczestniczyć w naszych gestach pamięci.
Podczas koncertu dla Soyki takie słowa miały szczególną siłę.
Bo cały wieczór był przecież jednym wielkim pomachaniem komuś, kogo już nie ma.
Piosenki, wspomnienia, występy i emocje publiczności układały się w gest skierowany do artysty.
Maciej Stuhr nazwał to po swojemu.
Jeśli duchy widzą, trzeba im pomachać.
A jeśli Soyka rzeczywiście gdzieś był, aktor chciał wierzyć, że siedzi nad Trójmiastem, wzrusza się i gra razem z nimi.
Ten obraz zostaje w pamięci.

Tak samo jak wspomnienie Jerzego Stuhra, który w myślach syna może widzieć, jak publiczność reaguje na opowieści o nim.
Dla Macieja Stuhra scena od dawna jest miejscem pracy.
Tym razem stała się też miejscem bardzo osobistego wyznania.
Nie tylko o Soyce.
Nie tylko o ojcu.
Także o tym, że sztuka i pamięć mogą dawać ludziom ukojenie, gdy brakuje tych, których kochali.