Kinga Rusin dopiero co była w Polsce, a już ponownie spakowała walizki i wyruszyła w kolejną podróż. Tym razem razem z Markiem Kujawą poleciała do Malezji, skąd relacjonuje fanom swoje przygody. Najnowszy wpis był mieszanką wakacyjnego zachwytu, zdumienia nad udanym zdjęciem i gorzkiej refleksji o tym, jak szybko popularne miejsca tracą swój dawny charakter.
Kinga Rusin od kilku lat żyje w sposób, którego wiele osób może jej tylko zazdrościć. Po odejściu z telewizji i ułożeniu życia u boku Marka Kujawy postawiła na podróże, naturę i wolność od codziennego medialnego pędu.

Po rozwodzie z Tomaszem Lisem na jej drodze pojawił się przystojny prawnik Marek Kujawa. Para szybko odkryła, że łączą ich nie tylko uczucia, ale też podobne spojrzenie na życie.
W pewnym momencie oboje zdecydowali się na duży krok. Zostawili wiele spraw w Polsce, spakowali najpotrzebniejsze rzeczy i ruszyli w świat.
Kinga pożegnała się z TVN, a jej życie nabrało zupełnie innego rytmu.
Od tamtej pory regularnie pokazuje rajskie krajobrazy, egzotyczne wyprawy, lokalne smaki i miejsca, do których nie każdy turysta trafia od razu.
Jej podróżnicze życie trwa już od kilku lat i nic nie wskazuje na to, by zamierzała z niego rezygnować.
Ostatnio była przez chwilę w kraju, ale ten etap szybko się zakończył. Kinga Rusin i Marek Kujawa znów ruszyli dalej.
Tym razem wybrali Malezję.
Dziennikarka, jak zwykle, zaczęła relacjonować wyprawę na Instagramie. Sama zdradziła, że robi to między innymi dlatego, że poprosiła ją o to mama.
Nowy wpis z Malezji z pewnością mógł ucieszyć jej rodzicielkę, bo Rusin nie tylko pokazała piękne kadry, ale też nie ukrywała zachwytu nad miejscem, w którym się znalazła.

Najpierw uwagę przyciągnęło zdjęcie z plaży. Marek Kujawa uchwycił Kingę w efektownej pozie, a ona sama nie kryła zdumienia, że udało się złapać taki moment.
„Prężenia na plaży nigdy dosyć! Jak mi się udało tak skoczyć??? A Markowi to uchwycić!? Zresztą na kolejnych zdjęciach też! Zobaczcie w galerii. Cuda jakieś. Najwyraźniej w takich miejscach jak to wstępują w nas kosmiczne moce” — napisała Kinga Rusin.
Wpis miał więc na początku lekki, wakacyjny ton. Była plaża, radość, zachwyt nad zdjęciami i typowy dla Rusin entuzjazm wobec natury.
Szybko jednak okazało się, że dziennikarka nie poprzestała na samych pocztówkowych kadrach.
W dalszej części wpisu zaczęła dzielić się refleksjami o Malezji. I tutaj zrobiło się znacznie poważniej.
Rusin przyznała, że kraj rzeczywiście może wyglądać jak raj, ale jednocześnie zaznaczyła, że nie jest to już zapomniany zakątek świata.
Malezja coraz mocniej trafia na turystyczne mapy, a jej popularność rośnie.
Kinga zauważyła, że Malezyjczycy chcieliby dogonić sąsiednią Tajlandię i wykorzystać turystyczny boom tak szybko, jak to możliwe.
Jej zdaniem ten pośpiech ma jednak swoją cenę.
„Tu jest prawdziwy raj, prawda? Absolutnie! Ale Malezja nie jest już żadnym nieodkrytym zakątkiem świata, a my nie jesteśmy jego odkrywcami. To coraz popularniejszy kierunek, który na dobre wpisał się na podróżnicze mapy. Malezyjczycy bardzo chcieliby dogonić sąsiednią Tajlandię i jak najszybciej skorzystać z turystycznego boomu. Efekt? Często buduje się byle co, byle gdzie i byle jak. Tak jakby zabrakło jednej wizji, która uporządkowałaby ten rozwój i wyznaczyła kierunek” — przekazała.
Te słowa pokazują, że Rusin patrzy na podróże nie tylko przez pryzmat ładnych zdjęć.

Zwraca uwagę na to, co dzieje się z miejscami, gdy zaczynają przyciągać coraz więcej turystów, inwestorów i pieniędzy.
W jej ocenie problemem staje się chaotyczna zabudowa, brak spójnego planu i szybkie zmiany, które mogą odbierać miejscom autentyczność.
Dziennikarka ubolewała również nad tym, że w Malezji pojawia się coraz więcej betonu.
Szczególnie szkoda jej historycznych miast, w których nadal można znaleźć piękne postkolonialne budynki.
Zdaniem Rusin mogłyby one stać się ogromnym atutem i ozdobą tamtejszych miejscowości.
Zamiast tego, jak zauważyła, często kończy się jedynie na powierzchownych zmianach.
„Szkoda tym bardziej, że w historycznych miastach pełno jest pięknych postkolonialnych budynków, które mogłyby być ich największą ozdobą. Zamiast pieczołowitej renowacji często dostają tylko nową warstwę farby, a parter szybko zamienia się w lokal usługowy. Trudno dziwić się właścicielom – remont kosztuje fortunę, a rachunki trzeba płacić” — tłumaczyła.
W tym fragmencie nie było już samego zachwytu podróżniczki. Była raczej obserwacja osoby, która widzi, jak szybko turystyka potrafi zmienić charakter danego miejsca.
Rusin nie oskarża jednak jednoznacznie samych mieszkańców. Zaznacza, że właścicielom trudno się dziwić, bo remonty są kosztowne, a codzienne życie wymaga pieniędzy.
Mimo tych gorzkich spostrzeżeń Kinga podkreśliła, że w Malezji nadal można znaleźć miejsca, które bronią się przed masową turystyką i komercją.
To właśnie one najbardziej ją zachwyciły.
Nie są perfekcyjne, nie wyglądają jak wypolerowane kurorty i nie zawsze spełniają katalogowe wyobrażenia o luksusowych wakacjach.
Ale mają coś, czego zdaniem Rusin coraz częściej brakuje w popularnych kierunkach: duszę, lokalny klimat i autentyczność.
„Na szczęście wciąż jest tu wiele miejsc, które obroniły się przed masową turystyką i komercją. Nie są idealne ani „wypolerowane”, ale mają to, czego coraz częściej szukamy w podróżach – autentyczność, lokalny klimat i duszę. I właśnie dlatego warto się tu spieszyć… zanim ktoś postanowi je „udoskonalić'” — zaapelowała na koniec.
Ten finał jej wpisu zabrzmiał jak ostrzeżenie.
Kinga Rusin sugeruje, że miejsca, które dziś zachwycają naturalnością, jutro mogą już wyglądać zupełnie inaczej.
W jej słowach pobrzmiewa obawa, że komercja, beton i pośpieszna turystyczna zabudowa mogą odebrać Malezji część tego, co czyni ją wyjątkową.
Jednocześnie dziennikarka sama korzysta z uroków podróży i chętnie pokazuje fanom bajkowe kadry.
To połączenie zachwytu i krytycznej refleksji od dawna pojawia się w jej relacjach.
Rusin potrafi pozować na plaży, pisać o „kosmicznych mocach”, a kilka zdań później przejść do tematu rozwoju turystyki, architektury i ochrony lokalnego klimatu.
Właśnie to sprawia, że jej podróżnicze wpisy wywołują reakcje.
Jedni zachwycają się widokami, inni komentują jej styl życia, a jeszcze inni dyskutują z jej obserwacjami dotyczącymi krajów, które odwiedza.
Tym razem zainteresowanie wywołało zarówno zdjęcie z plaży, jak i słowa o „cudach”.
Kinga nie ukrywała, że udane kadry naprawdę ją zaskoczyły. Marek Kujawa uchwycił moment, który według niej wyglądał niemal nierealnie.
Ale cała relacja z Malezji szybko okazała się czymś więcej niż tylko wakacyjnym albumem.

Dziennikarka pokazała kraj jako miejsce pełne piękna, ale też napięć między naturą, tradycją, pieniędzmi i turystycznym pośpiechem.
To właśnie dlatego jej wpis tak mocno przyciągnął uwagę.
Kinga Rusin i Marek Kujawa od lat podróżują po świecie, ale ich wyprawy nie wyglądają wyłącznie jak zwykłe wakacje celebrytów.
Ona regularnie dopisuje do zdjęć własne refleksje, czasem zachwycone, czasem krytyczne, a czasem bardzo gorzkie.
Malezja zachwyciła ją plażami i autentycznymi miejscami, ale jednocześnie zaniepokoiła chaotyczną zabudową i rosnącą komercją.
Mimo to była gwiazda TVN jasno dała do zrozumienia, że warto tam jechać.
Tyle że, jak sama sugeruje, lepiej nie zwlekać zbyt długo.
Bo miejsca z duszą, zanim zostaną „udoskonalone”, mogą być najcenniejsze właśnie wtedy, gdy są jeszcze niedoskonałe.
Kinga Rusin znów pokazała więc swoje życie w podróży. Było trochę plażowego zachwytu, trochę dumy z udanych zdjęć i sporo refleksji o tym, jak szybko świat zmienia się pod wpływem turystyki.
A wszystko zaczęło się od kadru, który nawet ją samą wprawił w zdumienie.
„Cuda jakieś” — napisała. I choć mówiła o zdjęciach, jej wpis szybko pokazał, że w Malezji znalazła znacznie więcej niż tylko efektowną plażową pozę.