Sidney Polak 7 października obchodzi 54. urodziny, ale ostatni rok w jego karierze przyniósł jeden z najgłośniejszych zwrotów. Po 35 latach współpracy z T.Love perkusista rozstał się z zespołem, a wokół decyzji Muńka Staszczyka szybko wybuchła afera. Polak ujawnił, że o końcu wspólnej drogi miał dowiedzieć się z SMS-a, a lider grupy później przyznał, że forma rozstania nie była najlepsza.
Sidney Polak przez większość swojego zawodowego życia był związany z T.Love.
Do zespołu dołączył w 1990 roku i przez kolejne dekady był częścią jednej z najważniejszych formacji na polskiej scenie rockowej.

Koncerty, płyty, trasy i wspólna historia sprawiły, że dla wielu fanów trudno było wyobrazić sobie T.Love bez niego.
Tym większe było zaskoczenie, gdy na początku grudnia ubiegłego roku okazało się, że perkusista kończy współpracę z grupą.
Oficjalny komunikat brzmiał spokojnie i elegancko.
Muniek Staszczyk publicznie podziękował mu za wieloletnią wspólną drogę.
„Chcę bardzo podziękować Jarkowi za tę wielką wspólną przygodę, setki a może i tysiące koncertów, fantastyczne płyty i zawsze duży profesjonalizm. Sidney to niezwykle zdolny artysta, z pewnością jeszcze nieraz zaskoczy nas swoją kreatywnością, czy to solowo, czy w innych składach” — napisał wtedy lider T.Love.
Na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, że zespół rozstaje się z muzykiem w atmosferze wdzięczności i szacunku.
Szybko jednak wyszło na jaw, że za kulisami sprawa wyglądała znacznie bardziej gorzko.
Sidney Polak opowiedział, że decyzja była dla niego ogromnym zaskoczeniem.
Jeszcze dzień wcześniej grał z T.Love koncert w Lublinie.
Potem, jak twierdził, przyszedł SMS od Muńka Staszczyka.
Nie było rozmowy twarzą w twarz.
Nie było wspólnego ustalenia, jak po 35 latach zamknąć ten etap.
Nie było też pożegnania na scenie z fanami.
„Była to w 100 proc. decyzja Muńka, dla mnie bardzo zaskakująca, bo jeszcze dzień wcześniej graliśmy koncert w Lublinie. (…) Stąd jest mi bardzo przykro, że nie miałem możliwości pożegnać się na scenie z fanami” — mówił Sidney Polak.
Te słowa natychmiast zmieniły odbiór całej sytuacji.
Zamiast spokojnego rozstania pojawiła się opowieść o nagłym zwolnieniu po ponad trzech dekadach wspólnego grania.
Polak nie ukrywał żalu.
Najbardziej bolała go forma, w jakiej miał dowiedzieć się o decyzji.
„Nigdy nie było żadnej rozmowy, po prostu w niedzielę dostałem od Muńka SMS-a, w którym poinformował mnie o swojej decyzji, a chwilę później pojawił się post na oficjalnym fejsie T.Love. Całe szczęście, że odczytałem tego SMS-a wcześniej, bo dowiedziałbym się o tej decyzji z Facebooka” — wyjaśniał.
To zdanie szczególnie poruszyło fanów.
Bo trudno mówić o zwykłej zmianie składu, gdy chodzi o muzyka obecnego w zespole od 1990 roku.
Po 35 latach wspólnej pracy wielu ludzi spodziewałoby się rozmowy, pożegnalnego koncertu albo przynajmniej spokojnego domknięcia tematu.
Sidney Polak sugerował, że wcześniej nic nie zapowiadało tak gwałtownego finału.
Według niego lider grupy miał cieszyć się nową płytą i wspólną trasą do końca promocji wydawnictwa.
Perkusista podkreślał, że rozumie, iż T.Love jest zespołem Muńka, ale uważał, że w tak dużej i poważnej muzycznej machinie wcześniejsze ustalenia powinny mieć znaczenie.
„To oczywiście jego zespół, ale ustalenia w tak poważnym przedsiębiorstwie, jakim jest T.Love, coś znaczą” — zaznaczał.
W tle pojawił się także wątek Jana Benedeka.
Gitarzysta również rozstał się z T.Love niedługo wcześniej.
Sidney Polak przyznał, że już wtedy decyzja dotycząca Benedeka wydała mu się dziwna i niezrozumiała.
„Wtedy sygnalizowałem naszemu menedżerowi, że to bardzo dziwna i niezrozumiała decyzja” — mówił.
Po odejściu Polaka atmosfera wokół T.Love stała się jeszcze bardziej napięta.
Fani zaczęli pytać, co naprawdę dzieje się w zespole.
Czy chodziło wyłącznie o decyzje artystyczne?
Czy o konflikty personalne?
Czy Muniek Staszczyk po prostu postanowił mocno przemeblować skład grupy?
Lider T.Love odniósł się do sprawy w rozmowie wyemitowanej drugiego dnia Świąt Bożego Narodzenia.
Wtedy powiedział więcej zarówno o Sidneyu Polaku, jak i Janie Benedeku.
Nie udawał, że były to łatwe decyzje.
„To były dwie bardzo bolesne dla mnie decyzje i to nie jest jakaś ściema. (…) Ale czasem tak jest, że coś musisz zrobić dla dobra zespołu. Są osoby trudne, a bardzo też utalentowane. (…) Zespół to jest tak, że nie może grać dziesięciu Lewandowskich” — tłumaczył Muniek Staszczyk.

Te słowa pokazały, że za rozstaniami kryły się większe napięcia.
Muniek przyznał, że problem miał trwać od dawna.
Jednocześnie podkreślał, że mimo konfliktów nadal ma do byłych kolegów uczucia i szacunek.
„Przez wiele lat był problem — i z Sidneyem, i z Jankiem. Ja naprawdę ich cały czas — chociaż może oni by powiedzieli, że to jakaś ściema — ja ich naprawdę cały czas gdzieś tam głęboko w sercu kocham, ale musiałem się z nimi rozstać” — stwierdził.
Dodał też, że decyzja długo nad nim wisiała.
Najmocniej zabrzmiało jednak zdanie o atmosferze w zespole.
„Sidney wkurzał resztę chłopaków od dawna. (…) To długo trwało, kiedy w zasadzie chłopaki chcieli, a ja go cały czas broniłem” — powiedział Muniek.
To już nie był dyplomatyczny komunikat o zakończeniu współpracy.
To była znacznie ostrzejsza diagnoza.
Według lidera T.Love odejście Polaka nie było nagłym kaprysem, lecz efektem narastających problemów.
Jednocześnie sam Muniek później przyznał, że sposób przekazania decyzji mógł być lepszy.
W programie Kuby Wojewódzkiego mówił o tym już bardziej samokrytycznie.
„10 lat temu bym to może inaczej załatwił. Nigdy nikogo bez powodu nie zwolniłem. Sidney, mówiąc krótko, dostał koło ratunkowe ode mnie dwa miesiące wcześniej, bo narozrabiał z jednym z kolegów. (…) Za formę przepraszam, bo forma nie była najlepsza, ale ja się tak w ogóle komunikuję” — powiedział.

To wyznanie było próbą złagodzenia napięcia, ale nie wymazało wcześniejszego wrażenia.
Muniek przeprosił za formę, jednocześnie podtrzymując, że decyzja miała swoje powody.
Sidney Polak natomiast wcześniej bardzo jasno dał do zrozumienia, że najbardziej zabolało go właśnie to, jak potraktowano zakończenie współpracy.
Po 35 latach grania w jednym zespole zwykły SMS musiał brzmieć jak policzek.
Dla fanów T.Love cała sytuacja była bolesna również dlatego, że dotyczyła ludzi, którzy przez dekady tworzyli wspólną muzyczną historię.
Z zewnątrz zespół często wygląda jak rodzina.
Publiczność widzi koncerty, energię, wspólne zdjęcia i piosenki, które stają się częścią życia słuchaczy.
Za kulisami jednak relacje bywają znacznie trudniejsze.
Długie lata pracy, napięcia, różnice charakterów i zmęczenie potrafią doprowadzić do momentu, w którym nawet wieloletnia współpraca kończy się gwałtownie.
Historia Sidneya Polaka i T.Love jest właśnie takim przykładem.
Z jednej strony ogromny dorobek, tysiące koncertów i ważne płyty.
Z drugiej — SMS, żal, publiczne wypowiedzi i tłumaczenia, które odsłoniły napięcia w zespole.
Po odejściu z T.Love Sidney Polak nie zniknął jednak ze sceny.
Wręcz przeciwnie.
Połączył siły z Janem Benedekiem, z którym stworzył wspólny muzyczny projekt.
Efektem ich współpracy był utwór „Jestem z Polski”.
To symboliczne, bo obaj muzycy znaleźli się poza T.Love po głośnych decyzjach Muńka Staszczyka.
Zamiast zamknąć się w żalu, postanowili działać dalej.
Obecnie Sidney Polak występuje z zespołem Szayba, a także solowo.
Niedawno pojawił się również gościnnie na koncercie rapera Otsochodzi.
To pokazuje, że mimo bolesnego rozstania z macierzystą formacją wciąż szuka nowych przestrzeni dla swojej muzyki.
Dla artysty, który przez 35 lat był częścią jednego zespołu, taki moment musiał być trudny.
T.Love było ogromną częścią jego zawodowej tożsamości.

Odejście po tylu latach nie jest zwykłą zmianą pracy.
To zamknięcie epoki.
Zwłaszcza gdy nie ma możliwości pożegnania się z fanami na scenie.
Polak mówił o tym wprost i właśnie ten fragment jego wypowiedzi miał szczególnie gorzki wydźwięk.
Nie chodziło tylko o sam fakt zwolnienia.
Chodziło o odebranie mu finału, który po tylu latach mógłby mieć zupełnie inną oprawę.
Muniek Staszczyk z kolei patrzył na sprawę przez pryzmat dobra zespołu.
Podkreślał, że czasem trzeba podjąć decyzje bolesne, ale konieczne.
Mówił o trudnych, utalentowanych osobach i o tym, że zespół nie może składać się z „dziesięciu Lewandowskich”.
To obraz grupy, w której nie wystarczy talent.
Potrzebna jest także codzienna współpraca, równowaga i możliwość funkcjonowania razem.
Jeśli wierzyć jego słowom, problemy z Sidneyem i Jankiem miały trwać długo.
Nie była to decyzja z dnia na dzień, przynajmniej w jego ocenie.
Ale nawet jeśli powody istniały, forma rozstania stała się osobnym problemem.
To właśnie ona wywołała największe emocje.
Bo można zwolnić muzyka z zespołu.
Można zakończyć współpracę po latach.
Można uznać, że dalsze granie razem nie ma sensu.
Ale po 35 latach sposób przekazania takiej decyzji ma ogromne znaczenie.
Muniek sam później przyznał, że forma nie była najlepsza.
To zdanie w pewnym sensie zamknęło część sporu, choć niekoniecznie uleczyło ranę.
Sidney Polak 7 października kończy 54 lata już jako były perkusista T.Love.
Jego historia z zespołem nadal pozostaje ważnym rozdziałem polskiej muzyki.
Trudno wymazać 35 lat wspólnego grania jednym komunikatem, SMS-em czy nawet medialną aferą.
Ale dziś ta historia ma już także gorzki finał.
Finał, w którym wdzięczność miesza się z żalem, a wieloletnia wspólna droga kończy się słowami wypowiadanymi w wywiadach zamiast pożegnalnego ukłonu na scenie.
Mimo tego Polak idzie dalej.

Gra solowo.
Występuje z Szaybą.
Łączy siły z Janem Benedekiem.
Pojawia się w nowych muzycznych kontekstach.
Nie jest już częścią T.Love, ale wciąż pozostaje aktywnym artystą.
A afera po jego odejściu przypomniała, że nawet w zespołach z legendarną historią kulisy bywają dużo mniej romantyczne niż piosenki, które publiczność zna na pamięć.