Afera z Arkadiuszem Milikiem za kierownicą luksusowego mercedesa wywołała lawinę komentarzy. Do sprawy odniósł się także Michał Wiśniewski, który nie próbował usprawiedliwiać lekkomyślnego zachowania na drodze. Przy okazji lider Ich Troje wrócił pamięcią do własnej wstydliwej historii z 2003 roku, kiedy prowadził samochód po alkoholu. Badanie wykazało wtedy 2,4 promila.
Arkadiusz Milik znalazł się w centrum ogromnego zamieszania po tym, jak jego zachowanie na warszawskich ulicach zostało nagrane i opisane przez media.
Piłkarz siedział za kierownicą luksusowego mercedesa i, jak wynika z relacji, miał zignorować podstawowe zasady ruchu drogowego.

W centrum stolicy przeciął podwójną linię ciągłą i wyprzedzał stojące auta w miejscu, gdzie znajdowało się przejście dla pieszych.
Największe poruszenie wywołał jednak fakt, że wszystko miało wydarzyć się na oczach policji.
Początkowo funkcjonariusze nie ukarali go wysokim mandatem ani punktami karnymi.
Skończyło się na pouczeniu.
To właśnie ta reakcja mundurowych szczególnie rozjuszyła internautów.
W sieci natychmiast pojawiły się pytania, czy znany sportowiec został potraktowany łagodniej niż zwykły kierowca.
Gdy sprawa nabrała ogólnopolskiego rozgłosu, stanowisko policji się zmieniło.
Pojawiły się informacje, że sprawa ma trafić do sądu, a Arkadiuszowi Milikowi może grozić utrata prawa jazdy.
Do całego zamieszania odniósł się Michał Wiśniewski.
Lider Ich Troje sam doskonale wie, jak wygląda życie pod nieustanną obserwacją mediów.
Przez lata wielokrotnie komentowano jego związki, rozstania, problemy i decyzje.
Tym razem wypowiedział się jednak nie jako ktoś, kto chce bronić znanej osoby za wszelką cenę.
Wiśniewski przyznał, że Milik popełnił błąd i sam musi odpowiedzieć przed sobą za to, co zrobił.
„Popełnił błąd, przeprosił, nazwał się idiotą, co może zrobić więcej? (…) Policjant zawsze ma prawo dać pouczenie. Nie wiem, czy Milik dostał pouczenie, ale rozumiem, że dostał?” — mówił Michał Wiśniewski.
Po chwili dodał, że nie zna wszystkich szczegółów sprawy, ale uważa, że najważniejsza odpowiedzialność i tak spoczywa na samym piłkarzu.
„Nie wiem nawet, co zrobił, bo mnie to nie interesuje, ale to on przed własnym sumieniem musi sobie odpowiedzieć. Raczej mandat go nie zaboli. Generalnie on sam się zbiczował publicznie” — ocenił.
Te słowa pokazują, że Wiśniewski nie traktuje sprawy wyłącznie jako kolejnej medialnej afery.
Zwraca uwagę na coś innego: osoba publiczna, zwłaszcza tak rozpoznawalna jak Milik, musi liczyć się z natychmiastową reakcją ludzi.
Błąd na drodze nie kończy się wtedy tylko rozmową z policjantem.

Staje się tematem ogólnokrajowej dyskusji.
A gdy w grę wchodzi potencjalne zagrożenie dla innych uczestników ruchu, reakcje są jeszcze ostrzejsze.
Michał Wiśniewski przy okazji komentarza do zachowania piłkarza wrócił do własnej historii, której od lat nie próbuje zamiatać pod dywan.
W 2003 roku sam został zatrzymany przez policję po tym, jak wsiadł za kierownicę po alkoholu.
Badanie alkomatem wykazało wtedy 2,4 promila.
Dziś mówi o tym wprost jako o wielkiej głupocie.
Nie szuka usprawiedliwienia.
Nie próbuje łagodzić sprawy.
Nie przedstawia siebie jako człowieka, któremu „po prostu się zdarzyło”.
Nazywa tamto zachowanie idiotyzmem.
„Zrobiłem bardzo źle. To była głupota, absolutna durnota, idiotyzm! No, ale co mogę zrobić? Opowiadam tę historię ku przestrodze” — powiedział.
Wiśniewski podkreślił, że bardzo szybko po tamtym zdarzeniu przyznał się publicznie do winy.
Nie próbował milczeć.
Nie udawał, że nic się nie stało.
Już następnego dnia opowiedział o wszystkim ludziom zgromadzonym w Sali Kongresowej.
„Dzień po tym wydarzeniu powiedziałem to w Sali Kongresowej przed wszystkimi. Przeprosiłem, powiedziałem, że nigdy więcej tego nie zrobię i nie zrobiłem” — wspominał.
Dodał też, że nie uważa się za osobę bez skazy.
Przyznał, że dziś nie pije, ale to nie zmienia faktu, że 23 lata temu popełnił bardzo poważny błąd.
„Ja nie jestem święty. Teraz nie piję, ale to nie zmienia sytuacji, że te 23 lata temu popełniłem błąd” — zaznaczył.
Najmocniej brzmi jednak fragment o reakcji policjanta.
Wiśniewski wspomniał, że funkcjonariusz nie tylko go zatrzymał, ale też bardzo ostro zareagował na to, kogo ma przed sobą.

„Na szczęście w moim przypadku skończyło się to po prostu tym, że wysiadłem z tego samochodu i policjant strasznie mnie wyzwał. Czuł się zawiedziony, że jego nastoletnia córka ma takiego idola” — opowiadał lider Ich Troje.
To musiał być dla niego wyjątkowo mocny moment.
Nie chodziło tylko o konsekwencje prawne czy medialny wstyd.
Policjant miał powiedzieć mu wprost, że czuje się zawiedziony, bo jego córka widzi w nim idola.
Dla osoby publicznej takie słowa mogą zaboleć bardziej niż mandat.
Wiśniewski, wspominając tę sytuację po latach, wyraźnie traktuje ją jako lekcję.
Nie próbuje jej wybielać.
Nie sprowadza jej do anegdoty.
Mówi o niej jako o przestrodze.
Właśnie dlatego jego komentarz do sprawy Milika ma dodatkowy ciężar.
Nie wypowiada się jak ktoś, kto nigdy nie popełnił poważnego błędu.
Wręcz przeciwnie.
Mówi jako człowiek, który sam kiedyś zachował się skrajnie nieodpowiedzialnie i wie, jak wygląda publiczne rozliczenie.
Różnica polega na tym, że Wiśniewski dziś nie relatywizuje tego, co zrobił.
Nie mówi, że „każdemu może się zdarzyć” w tonie usprawiedliwienia.
Używa ostrych słów wobec samego siebie: głupota, durnota, idiotyzm.
Takie określenia nie zostawiają miejsca na wygodne tłumaczenia.
Sprawa Arkadiusza Milika wywołała tak silne emocje właśnie dlatego, że dotyczy bezpieczeństwa na drodze.
Kierowca, który ignoruje przepisy, ryzykuje nie tylko własnym mandatem czy prawem jazdy.
Ryzykuje zdrowiem i życiem innych ludzi.
Przejście dla pieszych, podwójna ciągła, czerwone światło — to nie są drobiazgi.
Dlatego internauci tak gwałtownie zareagowali na informację, że początkowo skończyło się jedynie pouczeniem.
Wiśniewski zwraca uwagę, że policjant ma prawo zastosować pouczenie.
Ale jednocześnie sugeruje, że dla Milika sam mandat prawdopodobnie nie byłby szczególnie dotkliwy.
Dużo mocniejszym uderzeniem okazał się publiczny wstyd.
Piłkarz został skrytykowany w całym kraju.
Musiał się tłumaczyć, przepraszać i mierzyć z tym, że jego zachowanie stało się symbolem drogowej arogancji.
Według Wiśniewskiego sportowiec „sam się zbiczował publicznie”.
To trafne określenie sytuacji, w której znana osoba po jednym złym ruchu musi znieść natychmiastową falę krytyki.
Nie oznacza to jednak, że temat powinien zostać zbagatelizowany.
Wręcz przeciwnie.
Wiśniewski swoją własną historią pokazuje, że takie sytuacje mogą stać się ostrzeżeniem dla innych.
Jazda po alkoholu, brawura za kierownicą, łamanie przepisów w centrum miasta — wszystko to może skończyć się tragedią.
On miał szczęście, że jego przypadek zakończył się bez wypadku.
Sam to podkreśla.
Mówi, że „na szczęście” skończyło się na zatrzymaniu i ostrej reakcji policjanta.
Ale nie każdy ma tyle szczęścia.
Dlatego jego wspomnienie z 2003 roku brzmi dziś jak świadome przyznanie: zrobiłem źle i nie chcę, by ktokolwiek szedł tą samą drogą.
W show-biznesie takie wyznania bywają ryzykowne.
Każde przypomnienie dawnej wpadki może wywołać nową falę komentarzy.
Wiśniewski mimo to zdecydował się o niej mówić.
Być może dlatego, że sam od dawna nie udaje osoby idealnej.
Jego publiczny wizerunek zawsze był pełen skrajności: sukcesów, skandali, rodzinnych zmian, głośnych związków i mocnych emocji.
W tej historii wybrzmiewa jednak coś więcej niż kolejna celebrycka anegdota.
To przyznanie się do realnego zagrożenia, które sam kiedyś stworzył.

I do wstydu, który został z nim na lata.
Gdy dziś mówi o Miliku, robi to z perspektywy człowieka, który sam zna smak publicznego błędu.
Może dlatego nie domaga się teatralnego potępienia.
Mówi raczej: popełnił błąd, przeprosił, teraz musi odpowiedzieć przed sobą.
Ale jednocześnie nie daje mu łatwego rozgrzeszenia.
Znane nazwisko nie zwalnia z odpowiedzialności.
Pieniądze nie unieważniają zagrożenia.
A popularność sprawia, że każdy fałszywy ruch widać jeszcze wyraźniej.
Właśnie to łączy sprawę Milika z dawną historią Wiśniewskiego.
Obaj są osobami publicznymi.
Obaj znaleźli się w sytuacji, w której zachowanie za kierownicą stało się tematem dla całego kraju.
Wiśniewski dziś mówi o swoim przypadku z zawstydzeniem i używa go jako przestrogi.
Milik mierzy się z własną falą krytyki.
Czas pokaże, jakie konsekwencje poniesie piłkarz.
Sprawa ma trafić do sądu, a w grę wchodzi utrata prawa jazdy.
Jedno jest jednak pewne: ta sytuacja już dawno przestała być zwykłym wykroczeniem zauważonym na ulicy.
Stała się publiczną lekcją o tym, jak szybko brawura może obrócić się przeciwko znanej osobie.
Michał Wiśniewski dorzucił do tej lekcji własny, bardzo gorzki rozdział.
Przypomniał, że 23 lata temu sam zachował się skrajnie nieodpowiedzialnie, mając 2,4 promila.
Przeprosił.
Obiecał, że nigdy więcej tego nie zrobi.
I dziś podkreśla, że słowa dotrzymał.
To nie kasuje błędu.
Ale pokazuje, że można go nazwać po imieniu i wyciągnąć z niego wniosek.