Beata Ścibakówna spełniła podróżnicze marzenie bez Jana Englerta. On został przy bałtyckiej tradycji

Beata Ścibakówna i Jan Englert przez lata mieli swój wakacyjny rytuał. Lato nad Bałtykiem, pobyt w Juracie i tenisowe pojedynki były stałym punktem ich rodzinnego kalendarza. W tym roku aktorka postanowiła jednak zrobić coś po swojemu. Po wspólnym pobycie nad morzem ruszyła na północ Europy, do Norwegii, a fotoreporterzy uchwycili Jana Englerta podczas samotnego spaceru po plaży.

Wakacje nad Bałtykiem od dawna były dla Beaty Ścibakówny i Jana Englerta czymś więcej niż zwykłym urlopem. Para regularnie spędzała lato w luksusowym hotelu należącym do zamożnych przyjaciół.

To miejsce miało dla nich szczególny urok także z jednego konkretnego powodu. Englert i Ścibakówna uwielbiają tenis, a dostęp do kortu był jednym z największych atutów wakacyjnego pobytu w Juracie.

Tak było również w tym roku. Małżonkowie pojawili się nad Bałtykiem i zdążyli rozegrać kilka pojedynków na korcie, zanim aktorka zdecydowała się na zupełnie inną podróż.

Beata Ścibakówna najwyraźniej uznała, że tym razem chce spełnić własne marzenie. Zamiast pozostać wyłącznie przy znanym wakacyjnym schemacie, wybrała kierunek, który od dawna ją pociągał.

Aktorka poleciała do Norwegii, skąd od kilku dni publikuje zdjęcia i relacje w mediach społecznościowych. Na jej profilu pojawiają się zapierające dech krajobrazy, fiordy, góry, wodospady i surowe północne pejzaże.

W tym samym czasie tabloidy pokazały zdjęcia Jana Englerta spacerującego samotnie po plaży. Aktor pozostał przy bałtyckiej tradycji, podczas gdy jego żona ruszyła po nowe wrażenia na północ.

Nie wiadomo, czy Ścibakówna proponowała mu wspólną wyprawę do Norwegii, a on odmówił, czy od początku była to podróż zaplanowana bez niego. Pewne jest jedno: aktorka nie ukrywa zachwytu i ekscytacji.

Na Instagramie opisała swoją wyprawę z ogromnym entuzjazmem. Widać, że Norwegia zrobiła na niej wielkie wrażenie.

„Jestem pod wrażeniem mojej wyprawy do Norwegii. Fiordy, Lofoty, wodospady, drewniane miasteczka, sagi o Wikingach i Trollach, wymagające trekkingi, wszędobylskie owce i natarczywe mewy, koło podbiegunowe, białe noce, znakomite ryby i te niepowtarzalne widoki…. Nie da się o wszystkim nawet wspomnieć i pokazać w 20 postowych zdjęciach! Spełniłam moje kolejne podróżnicze marzenie” — napisała Beata Ścibakówna.

Te słowa brzmią jak zapis prawdziwej radości. Aktorka nie tylko zobaczyła miejsca, o których marzyła, ale też pozwoliła sobie na wakacje w zupełnie innym stylu niż dotychczas.

Jej wyjazd zwrócił uwagę także dlatego, że od lat pozostaje żoną jednego z najbardziej znanych polskich aktorów. Beata Ścibakówna i Jan Englert są małżeństwem z 31-letnim stażem.

Ich związek od początku wzbudzał duże emocje. Poznali się, gdy ona była studentką aktorstwa, a Englert rektorem uczelni. Różnica wieku wynosząca ćwierć wieku i okoliczności początku relacji sprawiły, że o parze długo mówiło się w środowisku.

Jan Englert był wtedy formalnie mężem Barbary Sołtysik, z którą doczekał się trojga dzieci. Relacja z młodszą studentką wywołała więc spore zamieszanie.

Ścibakówna zakochała się mocno, ale z czasem musiała zmierzyć się z konsekwencjami tego związku. Sama po latach zauważyła, że nie przewidziała, jak małżeństwo z tak wpływowym aktorem wpłynie na jej karierę.

Aktorka przez lata mierzyła się z łatką żony sławnego męża. Ilekroć dostawała rolę, pojawiały się podejrzenia, że pomógł jej w tym Englert.

To był dla niej trudny ciężar. Chciała pokazać, że jest niezależna i ma własne zawodowe ambicje, ale opinia publiczna często patrzyła na nią przez pryzmat nazwiska męża.

Robiła wiele, by wyrwać się z tej szufladki. W 2008 roku wystąpiła nawet w programie „Gwiazdy tańczą na lodzie”, licząc na pokazanie się widzom w innej odsłonie.

Ten udział nie przyniósł jednak wielkiego przełomu w jej karierze. Z czasem Ścibakówna zaczęła mówić otwarcie, że dla kobiet w jej wieku brakuje ról, co dodatkowo utrudnia zawodową niezależność.

W życiu prywatnym najwyraźniej łatwiej jest jej realizować własne plany. Norweska wyprawa stała się właśnie takim przykładem: podróżą zgodną z jej marzeniem, a nie z wieloletnim przyzwyczajeniem.

Aktorka nie kryje, że jest pod ogromnym wrażeniem północy. Wymagające trekkingi, białe noce, koło podbiegunowe i dzikie krajobrazy dały jej zupełnie inną energię niż tradycyjne wakacje nad Bałtykiem.

Jan Englert pozostał natomiast przy znanym letnim rytmie. Samotny spacer po plaży mógł wyglądać melancholijnie, ale nie musi oznaczać niczego więcej niż wybór spokojniejszego wypoczynku.

Różnica między ich wakacyjnymi planami od razu przyciągnęła uwagę. Ona zachwycona Norwegią i podróżniczym spełnieniem, on nad polskim morzem, przy miejscu, które od lat było częścią ich rodzinnej tradycji.

Dla Beaty Ścibakówny ten wyjazd może mieć jednak symboliczny wymiar. Po latach funkcjonowania w cieniu wielkiego nazwiska męża coraz wyraźniej pokazuje, że chce realizować własne potrzeby i marzenia.

Nie musi to oznaczać buntu przeciwko małżeństwu. Bardziej wygląda jak spokojne przypomnienie, że nawet po 31 latach wspólnego życia można mieć swoje osobne pragnienia, miejsca i plany.

Aktorka spełniła kolejne podróżnicze marzenie i nie ukrywa, że Norwegia zrobiła na niej ogromne wrażenie. Jej słowa są pełne zachwytu, a zdjęcia pokazują, że ten wyjazd był dla niej czymś wyjątkowym.

Jan Englert został przy Bałtyku, Beata Ścibakówna wybrała fiordy, Lofoty i białe noce. Ich wakacje w tym roku potoczyły się więc inaczej niż dawniej.

Po latach wspólnych rytuałów aktorka pozwoliła sobie na północną przygodę, o której marzyła. I wygląda na to, że nie żałuje tej decyzji ani przez chwilę.